Spis treści
-
Błazen
- Na wydaniu
- Pieśń wiosenna
- Okrutnie śmieszny
- Dobroczyńcy
- Dzieci to…
- Zrównoważony
- Mój sen
- Poczciwości człowiek
- Bez tytułu
- Kelner jest człowiekiem
- Oświata
- Miasto Metagłupin
- Ostatni wieczór
- Wcale nie dowcipny
- Ptasznik
- Precz z czystością!
- Franek
- Savoir vivre
- Zdziś
- Służba domowa
- Salon
- Taksator
- List otwarty
- Cyrkowy
- Z wywiadów
- Posada
- Koniec świata
- Zasługa
- Powołanie
- Nieszczęśliwi
- Po co?
- Jestem zrujnowany
- Artysta: 1 2
- Bieda: 1 2 3
- Biurokracja: 1
- Błazen: 1
- Bogactwo: 1 2 3 4
- Brud: 1
- Bunt: 1
- Ciało: 1
- Dekadent: 1 2
- Dom: 1
- Dorosłość: 1
- Doskonałość: 1 2
- Dusza: 1 2 3
- Dziecko: 1 2 3
- Dziedzictwo: 1
- Egoizm: 1
- Fałsz: 1 2 3 4
- Filozof: 1 2 3 4
- Głupota: 1
- Grzeczność: 1 2 3
- Handel: 1
- Honor: 1
- Idealista: 1 2 3
- Interes: 1 2 3
- Jesień: 1
- Kaleka: 1
- Kariera: 1 2 3 4
- Katastrofa: 1
- Kawiarnia: 1
- Kłamstwo: 1
- Kobieta: 1 2
- Kobieta "upadła": 1
- Kondycja ludzka: 1 2 3 4 5 6 7 8 9
- Konflikt wewnętrzny: 1
- Koniec świata: 1
- Korzyść: 1
- Kradzież: 1
- Literat: 1 2 3 4
- Los: 1 2
- Łzy: 1
- Mądrość: 1 2 3
- Miasto: 1
- Mieszczanin: 1
- Milczenie: 1
- Miłosierdzie: 1
- Młodość: 1
- Moda: 1 2
- Namiętność: 1
- Nauczycielka: 1
- Nauka: 1 2
- Nieszczęście: 1
- Niewola: 1
- Obcy: 1
- Obowiązek: 1 2
- Obyczaje: 1 2 3
- Ofiara: 1 2 3
- Okrucieństwo: 1
- Patriota: 1
- Pieniądz: 1 2 3
- Pijaństwo: 1
- Plotka: 1
- Podstęp: 1
- Polak: 1
- Pomoc: 1 2 3 4
- Poród: 1
- Postęp: 1 2
- Poświęcenie: 1
- Pozory: 1 2 3
- Pozycja społeczna: 1 2 3 4 5
- Praca: 1 2 3 4 5 6 7
- Praca organiczna: 1 2
- Prawda: 1
- Przemiana: 1 2 3
- Przemijanie: 1 2
- Przyjaźń: 1
- Przywódca: 1 2
- Ptak: 1
- Rodzina: 1 2
- Rozczarowanie: 1
- Rozmowa: 1 2
- Rozpacz: 1
- Salon: 1
- Sen: 1
- Sielanka: 1
- Sława: 1 2
- Słowo: 1 2 3
- Sługa: 1 2 3 4
- Służalczość: 1
- Spokój: 1
- Społecznik: 1
- Sprawiedliwość: 1 2
- Starość: 1 2
- Strach: 1
- Strój: 1
- Sumienie: 1
- Szczęście: 1 2 3
- Sztuka: 1 2 3
- Śmiech: 1
- Śmierć: 1 2
- Śmierć bohaterska: 1
- Tajemnica: 1
- Teatr: 1
- Theatrum mundi: 1 2 3 4
- Tłum: 1
- Tolerancja: 1
- Trup: 1
- Uczciwość: 1 2
- Uroda: 1
- Wierzenia: 1
- Wiosna: 1
- Współczucie: 1
- Wstyd: 1 2 3
- Wychowanie: 1
- Zepsucie: 1 2
- Złodziej: 1 2
pisownia łączna / rozdzielna: zosobna > z osobna; jakto > jak to; jak gdyby, jakgdyby > jak gdyby; niedość > nie dość; niema > nie ma; niewiadomo > nie wiadomo; nie warte > niewarte (życie nic a nic niewarte); którzyby > którzy by; to też > toteż; z po za > spoza; tembardziej, tem bardziej > tym bardziej; przytem > przy tym; poco > po co; odemnie > ode mnie; napróżno > na próżno; dla czego i dlaczego > dlaczego; zgóry > z góry; wzamian > w zamian; zaczekaj że > zaczekajże; rychło li > rychłoli [wg sjp.pwn.pl: 154.39. Pisownia partykuł -że, -ż, -li, -ć; opatrzono przypisem]; a no > ano; stu-okimi > stuokimi [opatrzono przypisem]; mysi królik > mysikrólik; itp.
pisownia wielką / małą literą: niemiec > Niemiec itp.
pisownia joty: galerje > galerie, miljonerów > milionerów, galanteryą > galanterią, hygjeny > higieny, klijent > klient itp.
spółgłoski dźwięczne / bezdźwięczne: blizki > bliski, módz > móc, z po za > spoza itp.
leksyka i pisownia poszczególnych wyrazów: tłómaczy > tłumaczy; obrzydliwstwa > obrzydlistwa; New-Yorku > New Yorku; puhacz > puchacz;
pisownia skrótów: i t. d. > itd.
fleksja: szybkiem > szybkim, czarnemi > czarnymi itp.
Poprawiono błąd źródła: czem to się dzieje -> czemu to się dzieje; acha > aha; à priori > a priori; matka -> mamka [w dialogu: — Ci-ci-szej — szepnęła żona. — Ci-cho! — syknęła mamka dwojga bliźniąt.]; nie potrzebał > nie potrzebował.
Koszałki Opałki
Błazen
1Przez tydzień cały głosiły jaskrawe afisze o niebywałym występie błazna, ulubieńca stolicy jedynego w swoim rodzaju.
2Magnaci, hulacy, robigrosze, urzędnicy, dziennikarze, artyści, pracownicy i próżniacy, cnotliwi i hultaje, ich żony i kochanki, cały Paryż zgromadził się w cyrku — mrowiem głów, kapeluszy z piórami, mundurów, palt i lornetek.
3Zalegli loże, krzesła, galerie dwóch pięter, amfiteatr cały, od areny w górę, kołami aż do sufitu.
4Program w szybkim tempie zbliża się ku końcowi.
5Antrakt. Koń tresowany. Dzwonek… Siłacz. Gimnastyk. Znów pauza. Dzwonek… Szmer. Cisza.
6Wychodzi oczekiwany. Na piasek areny rzuca niedbale biały kwadrat dywanu. Siada, w stroju błazeńskim, łokcie wsparł na kolanach, na dłoniach czoło i zastygł.
7Ktoś pierwszy uderzył w dłonie, ktoś drugi klasnął w ręce, ktoś trzeci, dziewiąty, dziesiąty i wszyscy zaczęli bić brawo, zerwał się huragan oklasków i okrzyki nawoływania.
8Błazen siedział pochylony, nieruchomy na dywanie areny, czoło wsparłszy na dłoniach, i ani się dziwi, ani dziękuje — zamarł w zadumie.
9Zamilkli i oni: magnaci, hulacy, robigrosze i dziennikarze, cnotliwi i hultaje, ich żony, córki i kochanki — zamilkli i czekają.
10 11Zaczęli się niecierpliwić, w duchu, potem w szmerze cichym, potem głośniej i głośniej, wołając, złorzecząc i rozkazując.
12Biją laskami w podłogę, uderzają lornetkami o poręcze, tupią nogami i krzyczą.
13 14 15Wyprostował się, ręce w tył złożył i poglądał na widzów: na cnotliwych i szubrawców, ich żony i kochanki. — Błazen wodzi czarnymi oczami — chłodno i stanowczo — patrzy na tych, którzy w lożach parterowych, obraca się powoli i na każdego z osobna, potem na tych, którzy w krzesłach półkolem, rząd po rzędzie, potem na tych, którzy wyżej i wyżej, na wszystkich uczciwych i nicponiów, po kolei, na każdego z osobna — coraz to o stopień wyżej, a do sufitu.
16 17Śmiech, ArtystaŚmiał się zrazu głośno i pogodnie, długim pasażem śmiechu. Potem ciszej, śmiechem stłumionym, dyskretnym. Potem całym gardłem wyrzucił kaskadę zjadliwego śmiechu. To strzelił pojedynczym tonem, to tonął w dźwięcznych akordach.
18Roześmiał się pierwszy, drugi, dziewiąty i dziesiąty, i wszyscy robigrosze, i kobiety, i utracjusze, i właściciele browarów, i aktorzy, i malarze, i urzędnicy, lokaje i sam dyrektor cyrku, wszyscy się śmieją wraz z błaznem.
19A on zatacza się, śmiejąc, głową trzęsie, rękami wywija, biega i kręci się w kółko, uderza się w czoło, w plecy, klepie po brzuchu, przysiada, przegina, podskakuje, pada na dywan, tacza, zrywa się, by znów upaść, wije się w śmiechu kurczowym, wyje, szaleje.
20 21Oklaski mieszają się z porywem radości, hałas rośnie, wybucha i milknie, zrywa się wichrem i bije o ściany, opada i wznosi, szarpie, dusi, kaleczy…
22A błazen nowe tony wplata do śmiechu, dziwne, nieznane, niemiłe.
23Tłum bez lornetek patrzy, brwi wzniósłszy do góry i słucha.
24I jeden jęk świsnął w śmiechu błazna. I sam się zdziwił, wstał, wsłuchał. I znów się śmieje, ale wszyscy milczą. I znów się śmieje, ale sam tylko jeden.
25TłumBłyskawicą spojrzenia objął w zdumieniu widzów: magnatów, hulaków, robigroszów, dziennikarzy, urzędników i artystów, pracowników i próżniaków, łotrów i cnotliwych, skąpców i głupców, i leniuchów, i śmiesznych, i nieszczęśliwych, i kupców, i dobrze wychowanych, ich żony, córki i kochanki.
26 27ŁzyI wszyscy widzieli łzy.
28I błazen płakał skargą, a potem smutkiem, a potem współczuciem, a potem gniewem, a potem litością.
29Chwilami śmiechem płacz załamywał, ale już zaraz znów płakał.
30Ktoś pierwszy łzy poczuł pod powiekami, zawstydził się i spojrzał w ziemię. Ktoś drugi w kącikach oczu łzy poczuł. Ktoś trzeci czuł, że mu chłodne krople po gorących spływają policzkach, ktoś czwarty, ósmy, dwudziesty.
31 32Chustkę kraciastą wyjął z kieszeni, oczy ociera, chlipce, płacze coraz głośniej, jęczy, chwieje się, przykuca, usta wykrzywił, mocuje się z bólem, wreszcie wybucha.
33Pada na dywan areny, tarza się, wije, skowyczy, powykradał dźwięki bolesne wszystkich zwierząt i króla-człowieka.
34I nikt już się teraz w tłumie nie wstydził: ani fabrykanci cygar, ani akcjonariusze plantacji buraków, ani dziennikarze, ani ajenci[1] policji śledczej, ani bankierzy, ani prokurenci biur komisowych, ani kasjerzy, urzędnicy, nauczyciele, adwokaci, chemicy, ani przedsiębiorcy robót miejskich, ani komornicy, ani cnotliwi, ani nikczemni, ani ich córki, kochanki, żony, teściowe i kuzynki.
35Wszyscy płakali głośniej lub ciszej, lub bardzo głośno, niektóre kobiety z lóż, krzeseł i amfiteatru drżały w spazmach, a nawet mdlały.
36Kondycja ludzkaNikt dobrze nie wiedział, dlaczego za ukazaniem się błazna bił mu oklaski, dlaczego mu potem złorzeczył, dlaczego się śmiał do rozpuku, a teraz płacze. Zarówno jak komornik nie wiedział dobrze, czemu jest komornikiem, chemik, czemu jest chemikiem, nicpoń, czemu jest nicponiem.
37I po raz pierwszy o pułap cyrku tłukły się łkania.
38Aż błazen zamilkł. Łzy otarł. Wstał. Wyprostował się w śmiesznym stroju cyrkowego błazna i czekał.
39I łkania publiczności milkły, cichły, malały.
40FilozofI znów błazen objął ich wszystkich dumnym spojrzeniem zwycięzcy i pośród dużego milczenia rzekł twardym głosem:
41— A może ja się urodziłem, by być Napoleonem Pierwszym?
42W tejże chwili wszyscy zrozumieli, i zrobiło im się paskudnie na duszy.
43Chcecie wiedzieć zapewne, co wszyscy zrozumieli?
44Oto, że urodzili się, by być czymś więcej, niż są. Nawet ludziom bardzo zamożnym, nawet dobrze wychowanym, nawet wysoko postawionym, nawet bardzo solidnym, nawet jedzącym ostrygi, nawet żonom i córkom bardzo szanowanych mężów i ojców, nawet dziennikarzom i kochankom milionerów, nawet prokurentom i cnotliwym, i nawet hultajom — rozumiecie? — wszystkim, zebranym w olbrzymim cyrku, wszystkim bez wyjątku, przyszło na myśl, że urodzili się, by być czymś innym, niż są, czymś wyższym, niż są.
45Może przyszło im nawet na myśl, że urodzili się na to, by być prawdziwymi ludźmi, jakimi być mogli, ale już nie mogą, takimi jak to ja myślę i jak zapewne wielu myśli w chwilach głupiej samoanalizy. Ale żeby tak było z pewnością, nie mogę twierdzić.
46Dość, że wszystkim bardzo się paskudnie zrobiło na duszy, kiedy im błazen powiedział.
47I poszli wszyscy z cyrku do domów i mieli głupie sny. Ale nazajutrz już znowu było wszystko dobrze.
Na wydaniu
48SzczęścieJuż jak kto nie ma szczęścia, to nie ma go nigdy i nigdzie.
49Już jak kto nie ma szczęścia, to nie ma go ani w dzień, ani w nocy, ani nawet we własnym swym łóżku.
50 51Ot, śni mi się sen. Ani ja go prosiłem, żeby mi się śnił, ani nic. I żeby to jaki przyjemny sen, albo co…
52A śniło mi się, że wychodzę z mieszkania.
53— Dokąd idziesz? — pyta mateczka.
54 55— Jak to? O tej porze? — pyta mateczka. — Bez służącej? — pyta mateczka.
56— Jak to: bez służącej? Co to ma znaczyć? — dziwię się niepomiernie.
57— Dziecko moje — mówi mateczka — nie zapominaj o tym, że jesteś panną na wydaniu, ludzie mogą cię wziąć na języki.
58Przemiana, Pozory— Kto ma mnie znowu brać na języki? Kto jest panną na wydaniu? — wzrasta moje zdumienie.
59— Ty… ty jesteś panną na wydaniu.
60 61 62KobietaSpoglądam po sobie, i lodowy pot występuje mi na czoło. Widzę, że jestem ubrany w suknię do ziemi. Chcę odetchnąć: gorset mnie gniecie. Chcę ręką dotknąć czoła: palce plączą mi się w grzywce. Kie licho?
63— Ja nie chcę być panną na wydaniu — wołam, bliski płaczu.
64 65— Ależ, moja mamo, mama przecież rozumie, że to nie ma najmniejszego sensu.
66— Dziecko moje, ja sama wolałabym, żeby było inaczej.
67— Ależ ja się na to żadną miarą nie mogę zgodzić.
68Mateczka wykonała ręką jakiś niezdecydowany gest poddania się, czy rezygnacji — i rzekła:
69— Obowiązki kobiety są wzniosłe i szczytne.
70— Ależ to bardzo wszystko piękne, tylko że mnie to nic a nic nie obchodzi.
71— Przyzwyczaisz się, najdroższe dziecko moje, i wiem, że mi wstydu nie zrobisz i do grobu mnie nie wpędzisz swoim postępowaniem. A teraz pozwalam ci wyjść na pół godziny, dopóki się nie ściemni. Marianno! idź z panienką na spacer.
72Marianna zarzuciła na siebie chustkę i z głębokim wirem sprzecznych myśli wyszedłem na schody.
73Na półpiętrze schwyciłem Mariannę w pół i pocałowałem w buzię.
74— Co panienka wyrabia? — dziwi się Marianna.
75A ja opuściłem wualkę na oczy, bo nie chciałem, żeby widziała, że płaczę: „więc to prawda? więc ja… ja… ja… ja… jestem naprawdę panną na wydaniu”.
76Przecież to straszne! to potworne! to zbrodnia!
77 78Mężczyźni są dość zajmujący. Ot, ten na przykład, który przeszedł. Oglądam się, on także. Idzie za nami.
79— Marianno — mówię strwożony. — Co to będzie, jak on nas zaczepi? Będziemy zgubione!
80— Nie trzeba się było oglądać — mówi dziewczyna.
81Pędzimy kłusem przez ulicę, wpadamy do bramy, do domu, do mateczki.
82 83— Jakiś facet chciał nas zaczepić.
84— Dziecko drogie, jak ty się wyrażasz. Kto widział mówić: facet. Mówi się: nikczemnik.
85 86— Bo panienka się za nim obejrzała — mówi Marianna.
87— Dziecko moje! — załamała ręce mateczka. — Jakże nierozważna jesteś: byłabyś zgubiona.
88 89 90 91— Wychodzić będziesz tylko ze mną.
92 93— Ze mną. Jutro rano pójdziemy do cioci Zuzanny i do krawcowej.
94 95— No tak: jesteś przecież panną na wydaniu.
96 97I nazajutrz byłem z mateczką przed obiadem u krawcowej i u ciotki Zuzanny.
98Grzeczność, ObyczajeI rozpoczęły się katusze, o których wy, mężczyźni najmniejszego nie macie wyobrażenia.
99Nie wolno mi było mówić ani: „do stu par diabłów”, ani: „niech mama głowy nie zawraca”, ani: „akuszerka”, ani „Przybyszewski”, ani „miłość”, ani nic… nic…
100Nie wolno mi było ani uśmiechnąć się, ani ukłonić, ani wyjść na ulicę, ani zaczepić kogo, ani iść do cukierni na gazety, albo na bilard, no słowem nic… nic.
101Nie wolno mi było rozmawiać z ludźmi, bo mateczka dała mi dwie przyjaciółki, z którymi mi wolno było zdychać z nudów, a jak mówiła mateczka: żyć.
102Musiałem chodzić do Filharmonii na koncerty i w niedzielę na spacer w aleje, i mieć oczy spuszczone, i rumienić się, i nosić ciasne buciki, i grać na fortepianie, i czytać po francusku, i chodzić do krawcowej — i ani kieliszeczka wódki w barze amerykańskim. No, rozpacz.
103I chodziłem do ciotek, i byłem tak skromny, że mi się aż czasem kiszki skręcały. Wy, mężczyźni, najmniejszego wyobrażenia nie macie, co to było dla mnie — owo chodzenie do ciotek — i ani jednej partyjki w winta — i ani jednego bilardu, i ani jednego kieliszeczka.
104 105 106Uroda, Obowiązek, CiałoWy nie wiecie, co to jest — cera. Nieee, to coś okropnego.
107„Cera, nos, oczy, uszy, usta, ręce, biodra, włosy”, o tym wszystkim mówiono właśnie u ciotek.
108— Ślicznie dziś wyglądasz. Wczoraj dobrze wyglądałaś. Obyś jutro dobrze wyglądała. Niechże cię ucałuję: jak ty wyglądasz.
109I baby lizały… lizały… lizały mnie… i psuły mi cerę. Oglądały mnie, poprawiały włosy, stanik, pasek, oczy, nos, wszystko.
110 111Na jawie ja byłbym się wściekł. Ja wam zupełnie szczerze i bez przesady mówię: wściekłbym się, pokąsałbym mateczkę, krawcowę, cerę, ciotki, wszystkich bym pokąsał.
112— Mateczko — powiadam — czy ja, do choroby, już całe życie tak samo?
113— Dziecko najdroższe, przyzwyczaisz się.
114Bunt, Obyczaje— Ale ja się nie mogę przyzwyczaić, ja nie chcę się przyzwyczaić. Jeżeli mnie mama chciała trzymać w klatce, to nie trzeba mnie było uczyć czytać — albo trzeba mi było dać coś takiego, coby mi w domu czas zapełniało.
115— Dziecko najdroższe, masz fortepian.
116— Ja nienawidzę muzyki, ja pluję na muzykę, ja chcę grać w bilard.
117 118— Ja chcę pić wódkę, palić papierosy, pojechać na uniwersytet, obciąć sobie włosy i mieć dziecko.
119 120— Zapowiadam mamie, że od dziś na każde pytanie ciotek stale będę odpowiadała jeden wyraz: „akuszerka”. I już.
121Mateczka zemdlała. Ja się rozpłakałem. Mateczka się ocknęła i zawołała:
122 123I od stóp do głowy chłodnym oblany potem obudziłem się.
Pieśń wiosenna
124Jest w duszy ludzkiej jedna srebrna struna, na której jeden mistrz tylko, jedną pieśń doroczną wygrać potrafi. Mistrzem tym jest Wiosna; pieśnią tą jest Miłość…
125WiosnaSiedziałem na ławce w alejach i patrzałem na pękliwe główki zielonych świeżą, jasną zielenią — listków. Patrzałem na żwawą krzątaninę ludzi i ptasząt — i taka rzewność opanowała mą duszę, że pragnąłem ucałować wróbelki i ludzi…
126Może ja to nie dość poetycznie opisałem, bo to nie moja specjalność, w każdym jednak razie czułem wielką życzliwość dla wszystkiego, co żyje i rusza się na świecie…
127Usiadł obok mnie na ławce człowiek o bardzo niemiłej powierzchowności. Opasły, o twarzy bezmyślnej, zmysłowej, mocno sapiący, z oczami bez wyrazu.
128I poczułem nagle, że go kocham.
129— Panie — rzekłem — nie wiem, czy pan mnie zrozumie. Widzi pan: oto słońce spływa ciepłymi promieniami i natura budzi się do życia. A wraz z tym nowym życiem wkradła się do mego serca miłość. Jesienią może bym na pana nie zwrócił uwagi, ale teraz oto kocham pana. Cóż z tego, że masz niemiły wyraz twarzy; jeżeli jesteś pan głupi i zły, to nie twoja w tym wina. Daj mi dłoń swoją i opowiedz mi o swojej żonie i dziatkach, zwierz mi się z trosk swych i smutków.
130— Ależ ja pana nie znam — rzekł nieznajomy, odsuwając się i chwytając za boczną kieszeń marynarki.
131Dostrzegłem ten ruch nieufny, i gorycz zalała mą duszę.
132— Ach — powiedziałem z wyrzutem — masz mnie pan za złodzieja kieszonkowego; tak mi odpłacasz za me szczere, z serca płynące wyrazy?
133— Szczere, czy nie szczere, a ja z obcymi ludźmi nie wdaję się w poufałe gawędy.
134 135— Biedny! — pomyślałem i łzy stanęły mi w oczach…
136Po chwili jakaś wiekowa dama zajęła miejsce obok mnie na ławce.
137„Ta mnie zrozumie” — pomyślałem.
138— Pani — zacząłem. — Masz siwe włosy. Kocham cię za ten kontrast, który stanowi biel twoich włosów z zielenią wiosny. Kocham cię, pani, za te zawody, które w życiu przeżyłaś, za ten spokój, który maluje się na twym obliczu.
139(Na obliczu matrony malował się żywy niepokój).
140— Pani, mam do ciebie prośbę: ucałuj me czoło i pobłogosław mnie. Zdaje mi się, że twój pocałunek uczyni mnie dobrym, a twoje błogosławieństwo wskaże mi prawą drogę życia i zabezpieczy od pokus. Powiedz mi: „synu, bądź cierpliwy i mężny”.
141Matrona drżącymi wargami dotknęła mego czoła i, wzniósłszy dłoń drżącą, rzekła drżącym głosem:
142— Synu, bądź cierpliwy i mężny.
143— O tak! — zawołałem radośnie — będę cierpliwy i mężny, matko moja. Prawda, że pani pozwoli mi nazywać się matką?
144W tej chwili zbliżyli się do siwej damy mężczyzna młody i kobieta — zapewne małżeństwo.
145— Ach! jak to dobrze, że jesteście — krzyknęła radośnie staruszka. — Chodźcie, chodźcie stąd… Do widzenia panu.
146Szybko się oddalili, przy czym matrona coś im żywo opowiadała. Potem wszyscy troje obejrzeli się, ogarnęli mnie pełnym współczucia wzrokiem, pokiwali smutnie głowami, i poszli dalej.
147Nie mogłem mieć wątpliwości: sądzili, że jestem nerwowy[2].
148I gorycz zalała mą duszę, i łzy stanęły mi w oczach…
149Po chwili siadł na mej ławce młodzieniec lat dwudziestu kilku, o żywych rozumnych oczach, niedbałych ruchach, niedbale ubrany — jeden z tych, którzy mi najbardziej do gustu przypadają.
150— Czy zechce pan ze mną porozmawiać? — zacząłem tym razem już ostrożniej — pan jest sam i ja jestem samotny. Nie wymieniajmy swych nazwisk, bo i po co? Oto wiosna, słońce, zieleń młoda, wróbelki… Wiem, że jedne uczucia grają teraz w naszych sercach. Gdy się widzi to młode życie, gdy się widzi tyle blasku, trzeba koniecznie kochać. My, mieszkańcy miast, tak mało przestając z naturą, zasypani gryzącym pyłem ulicznym, otuleni trującym oddechem fabryk — zatraciliśmy poczucie życzliwości dla ludzi. Wierzenia, ObcyJa gorąco pragnąłbym tak szczerze porozmawiać z kimś, znaleźć w sercu bratnim oddźwięk bratni…
151— Tak — przerwał mi młodzian — to wszystko bardzo piękne, co pan mówi, ale ja mam zwyczaj dobrze poznać człowieka, zanim mówić z nim zacznę. Nie wiem, kto pan taki, czy modernista, czy secesjonista, czy biały, czy czerwony.
152— Ach, tak… Ja jestem w kratkę — rzekłem z bolesną ironią.
153— A ja się boję ludzi w kratkę — rzekł.
154 155 156„Więc na to, by ktoś życzliwie dłoń ci uścisnął — nie dość być człowiekiem o miłującym sercu; więc na to trzeba wywiesić koniecznie szyld swoich przekonań i upodobań artystycznych, społecznych, politycznych i wszelkich innych. Jak bardzo odbiegliśmy, a może dopiero dobiegamy do tego okresu, gdy słońce tulić będzie bratnie serca ludzkie”.
157 158I przez łzy zobaczyłem chłopaczka, pięcioletniego może, który mi się przyglądał.
159— Jak się nazywasz, malutki? — zapytałem.
160 161— Powiedz mi, Janku — nawiązałem rozmowę — czy także masz w swym małym serduszku kasztę, gdzie ludzie jak czcionki drukarskie, posortowani są podług kolorów, zabarwień i odcieni? —
162— Mój tatuś ma taką samą laskę, jak pan — odpowiedział malec.
163— O dziecię — mówiłem — to naiwne zdanie starczy mi za odpowiedź. Ty dzielisz ludzi tylko na dobrych i złych, których odróżniasz proroczą intuicją dziecka. Ale przyjdzie życie i nauczy cię…
164— Mamusia wyrzuciła mademoiselle, bo ona poszła i nie wróciła na noc — zaszczebiotał Janek.
165 166I taka żałość ogarnęła mną, żem malca pocałował w czoło.
167W tej chwili zbliżyła się ku nam niewiasta.
168— Janek, chodź mi zaraz… Jakim prawem pan mi dziecko liże?
169 170— To jest brutalna niedelikatność obce dziecko całować… Zarazisz mi pan dzieciaka i unieszczęśliwisz na całe życie!
171Janek dostał w kark, mnie łzy w oczach stanęły. I mimo goryczy, która duszę mą przepełniła — przyznałem matce słuszność. Ona mnie nie zna.
172Usiadła obok mnie dziewczyna upudrowana.
173— Czy można do pani przemówić? — zapytałem.
174— Oj, oj! — odparła i przysunęła się bliżej.
175— Powiedz mi — zacząłem smutnie — powiedz mi, czy ta świeżość budzącej się do nowego życia natury, nie przypomina ci twego dzieciństwa? Gdyś była mała i czysta, gdyś tuliła białe czoło do ust swojej matki? Gdyś nie wiedziała, że są źli ludzie na świecie, że tyle brudu i krzywdy szerokim korytem niesie mętna fala życia? Oto budzi się w duszy twej echo odległych wspomnień i zapomnianych żalów.
176— Pewnie, że się budzi — odparła smętnie — ale może by mi pan tak fundnął kolację, co?
177— Przenigdy — odparłem mrocznie — czyż chcesz, bym smrodliwymi wyziewami garkuchni płoszył błękit mych wiosennych dumań? Przenigdy, jednak gotów ci jestem wybaczyć ten brutalny okrzyk, mącący niezamąconą jasność tych tonów, które wiosna na srebrnej strunie mej duszy wygrywa. O, biedna, upadła istoto, pogrążona…
178— Na trajlowanie mnie pan nie weźmiesz, bom nie frajerka… Patrzajcie go…
179Wstała oburzona, a odchodząc rzuciła mi w pożegnaniu jeden wyraz:
180 181I gorycz zalała mą duszę. I wiośnie posłałem wyrzut bolesny.
182 183Aż oto usiadło na mej ławce dwoje dziewczątek. Uśmiech krasił im lica, rumieniec umajał wesołe twarzyczki. Rozmowa ich musiała być zwierzeniami, bo szeptały cicho, a zwierzenia były zapewne radosne, bo śmiały się bezustannie.
184Jasne promienie słońca, zieleń młodych listków, wróbelki i te dwie wiośniane postacie — tworzyły sielankę.
185I w sercu mym głośniej zadzwoniła moja pieśń słoneczna.
186— Miłe dziewczątka — szepnąłem nieśmiało — pozwólcie mi skostniałe w szronie życia serce rozgrzać w promieniach waszej majowej swobody. Niech odtają sople życiowych zawodów mej duszy, niech pod czarodziejskim blaskiem młodości waszej zatli się w mym sercu iskierka dawnych nadziei i mistycznych rojeń. Rozmawiajcie głośno, a ja siedzieć będę cichutko i słuchać będę, a może z suchego oka łza rozrzewnienia spłynie i zrosi pofałdowane troską czoło.
187Wiedziałem, że łza nie może spływać na czoło, ale wiedziałem także, że nie przysłuchuje mi się czułe ucho przeżytego krytyka, lecz młodość świeża zielonych listków, słońce, wróbelki i… owe dziewczątka.
188Patrzały na mnie rozrzewnione, strwożone.
189Gdy nagle zbliżył się krokiem zamaszystym mężczyzna w sile wieku i, ilustrując pełne grozy wyrazy, silnym potrząsaniem grubej laski, rzekł:
190— W biały dzień, o trzy kroki od rodziców, żeby zaczepiać niedorostków, na to trzeba być cynikiem w najgorszym gatunku. Maniu, Zosiu — wracamy do domu; dosyć tych spacerów…
191Załkała srebrna struna ostatnim jękliwym akordem, i skonała moja wiosenna pieśń miłości.
192Słońce w dalszym ciągu świeciło na niebie bez chmur, ale już mi ludzie nie byli braćmi, niczyjego serca życzliwego nie pragnąłem…
193O pieśni! uczyniłaś mnie złodziejem kieszonkowym, nerwowym, ajentem śledczym, trędowatym, idiotą i cynikiem, bom się garnął do ludzi…
194Sztuka, Moda, LiteratGdybym był modernistą, zakończyłbym niniejsze opowiadanie tak:
195„Czarny kot… Oko Ramzesa… Hydra… Cykuta… Życie… Siedziałem na ławie samotny, jak piorun… Słońce sypało na mnie sadze zwątpienia”.
196Okrutnie śmieszny
197Gospodarz chciał wprowadzić w świat córkę[3], a syna — wysłać za granicę dla dokończenia nauk.
198 199— Podwyższam komorne wszystkim lokatorom mego domu.
200 201I poczuł zadowolenie, jakie jest udziałem ludzi, którzy spełnili swój obowiązek.
202I tu zaczyna się cały sznur niezmiernie śmiesznych wypadków…
203W owym domu był sklep z bielizną, krawatami, laskami — galanterią. Właściciel sklepu zmartwił się, że mu podwyższono komorne; potem długo rozważał, liczył, myślał, kombinował, aż postanowił:
204— Odprawiam jednego subiekta[4]. Za robotę koszuli płacę od dziś o dziesięć kopiejek mniej. Za robotę krawata płacę od dziś o pięć kopiejek mniej. Gratyfikacji w roku bieżącym nie daję.
205 206Od owego dnia, siedm[5] szwaczek i trzy krawaciarki musiały już o godzinę dłużej pracować, żeby zarobić tyle pieniędzy, ile dawniej. Służący ze sklepu westchnął, że nie będzie mógł swym dzieciom kupić choinki. Subiekt założył własny sklep z materiałami piśmiennymi i w trzy miesiące stracił posag żony i własny kapitalik, po czym sprzedał wszystko i wyjechał z żoną i dzieckiem do Mandżurii.
207W onym[6] domu był inny sklep: spożywczy. Właściciel sklepu spożywczego zmartwił się, że mu podwyższono komorne, potem myślał, myślał, aż postanowił:
208— Dobre są wędliny od Serdelkiewicza, ale procent mały; podłe są wędliny od Salcesona, ale zarabia się na nich pół na pół. Na pieczywie Strucel daje większy procent niż Kajzerski. Na gatunku mąki i soli i tak nikt się nie zna; a mleko z krochmalem i wodą ma również kolor biały. W handlu nie ma sentymentów…
209Na pierwszym piętrze od frontu mieszkał adwokat. Adwokat zmartwił się, że mu podwyższono komorne, i złą wieść zakomunikował żonie; a pani adwokatowa postanowiła:
210— Wykreślam się z liczby członków towarzystwa kolonii letnich. Nauczycielce płacić będę tylko sześć rubli na miesiąc, korepetytorowi Zygmusia — siedm. Przestanę prenumerować dla dzieci „Moje pisemko”, a dla siebie „Przegląd pedagogiczny”; namówię męża, żeby rzucił „Zdrowie”, które nie jest potrzebne adwokatowi. Tapicer dostanie tylko dwa złote za firanki od jednego okna, a za Żelazną Bramą będę się targowała z przekupkami do upadłego.
211Nauczycielka sześciorublowa musiała przyjąć jedną nadprogramową jeszcze lekcję i porzuciła jedną lekcję bezpłatną, którą dawała dziecku stróża domu, gdzie mieszkała. Korepetytor Zygmusia powiedział: „nie chcieli dać więcej, proszę mamy, ale i tak na wpis starczy, a zimowy szynel[7] wcale mi nie jest potrzebny, bo zima pewnie będzie ciepła”. A przekupki na targu wzdychały, że handel upada, bo teraz każdy chciałby kupować wszystko za darmo…
212Na trzecim piętrze w lewej oficynie mieszkał buchalter — korespondent. Ten, dowiedziawszy się o podwyższenia komornego, pobiegł natychmiast do swego przyjaciela i powiedział: „mówiłeś mi wczoraj o tych dwóch wieczornych godzinach; rozmyśliłem się i przyjmę”. Przyjaciel odparł: „zdaje mi się, że tam już kogoś znaleźli, ale postaram się to zrobić”. I zawiadomili kandydata, że posada zajęta, a kandydat przyniósł tę wieść matce siwej, wdowie bez własnych funduszów…
213Lekarz z drugiego piętra poprzecznej oficyny wezwany został do chorego przy ulicy Szczyglej i wziął rublowe honorarium, boć nie można się bawić w filantropię, gdy gospodarz podwyższa komorne. A żona chorego, wydawszy ostatniego rubla na poradę, nie miała już na lekarstwo i zaniosła chustkę do lombardu, i chustki tej już nie wykupiła.
214Urzędnik z trzeciego piętra lewej oficyny postanowił, że nie należy pozować na Katona[8], gdy warunki życia stają się coraz trudniejsze. Trudno: trzeba zacząć brać, gdy dają — łapówka brzydko się nazywa, ale posiada wiele stron dodatnich…
215W teatrze na operze jedno z krzeseł galerii szczytowej było puste: tam byłby siedział lokator czwartaka, gdyby nie podniesione komorne…
216Biuro mieszczące się w drugim podwórzu, na skutek zwiększonych kosztów administracji, zmniejszyło personel, uwolniwszy jednego z dwóch woźnych. Woźny miał troje dzieci. Nie było rady, został roznosicielem jakiejś gazetki, a zarabiając teraz o połowę mniej, odnajął w swej izbie mały kącik za rubla młodemu ogrodniczkowi. Ale ogrodniczek odwiedzał siostrę, której dzieci chorowały na dyfteryt[9], i przyniósł zarazę dzieciom woźnego, i poumierały w ciągu tygodnia, jedno za drugim wszystko troje…
217W suterenie owego domu mieszkał szewc. W tej samej chwili, gdy rządca przyniósł wieść smutną o komornym, ośmioletnia Staśka poprosiła ojca o szóstkę na kajet[10]. Szewc odparł: „dosyć tej nauki dla dziewuchy” i oddał ją do baletu do nauki. Szwagra miał w teatrze. I szewc terminatorom począł udzielać nieco skąpszych porcji…
218I wiele, bardzo wiele pociesznych faktów miało miejsce. Owych pociesznych faktów było nie tysiąc i nie trzy tysiące. I następstwa tych faktów będą się ciągnęły aż do końca świata.
219Woźnemu umarło troje dzieci, więc umarły i dzieci tych dzieci, i wnuki ich, i prawnuki, którzy by grali pewną rolę w życiu pewnych rodzin, a więc pewnego ułamka ludzkości.
220 221— Co w tym jednak autor widzi śmiesznego?
222— Ależ ogromnie wiele śmiesznego tu widzę.
223Bogactwo, BiedaDla córki gospodarza, którą papa chce wprowadzić w świat, dla synka, który ma dla dokończenia edukacji wyjechać za granicę — zupełnie ich nie znając, pracują na drugim końcu miasta zamieszkałe szwaczki. Dla nich terminatorzy mają gorszy posiłek, dzieci służącego sklepu nie będą miały choinki, uczniaczyna[11] szynela. Dla nich pisma straciły prenumeratora, towarzystwo kolonii letnich — członkinię, teatr — jedno miejsce na operze, przekupki zza Żelaznej Bramy — część zarobku, syn wdowy — posadę, na którą czekał od roku.
224Dla nich umarło troje dzieci. Jedno dziecko oddane zostało do baletu. Dla nich kupujący w sklepiku — mieć mają gorszą mąkę i więcej wody w mleku. Przez nie uczciwa piekarnia i masarnia straciły odbiorcę.
225 226Dla wprowadzenia w świat jednej panny i dokończenia edukacji jednego młodzieńca, duży odłam ludności pozbawiony został całego, lub części, zarobku, uczciwości, nauki, zdrowego pokarmu, nawet życia.
227Dla nich dziecko oderwano od kajetu i oddano do baletu.
228Śmiesznym jest i to, że gospodarz ani jego dzieci wcale o tym wszystkim nie wiedzą, zdumieliby się, gdyby im doniesiono, że ktoś gdzieś, o całą długość Warszawy, biedna szwaczka poświęca się dla ich dobra.
229To jest tak nieprawdopodobnie śmieszne, że nawet humorysta serdecznie by zapłakał.
230A łzy humorysty są chyba również bajecznie śmieszne?
Dobroczyńcy
231Jakie to wielkie szczęście móc myśleć, że mądrzy są mądrzy, że wielcy są wielcy, że szczęśliwi są szczęśliwi, że uczciwi są uczciwi, że cnota jest cnotą, że wiara jest wiarą, że wiedza jest wiedzą — i tak bez końca.
232 233Przyjdzie jeden głupi mądry, rzucisz okiem na małego wielkiego, otrzesz się o nieszczęśliwego szczęśliwego, spotkasz nieuczciwego uczciwego, zahaczysz o cnotę niecnotę, ujrzysz wiarę niewiarę, zawadzisz o wiedzę niewiedzę.
234 235Przecież to bardzo paskudne, opiekunowie i opiekunki ochron urządzają doroczne uroczystości przedwakacyjne z pierniczkami.
236Wstyd, Pozycja społeczna, SprawiedliwośćGdybym ja w przystępie szału zgodził się na wzięcie udziału w uroczystości przedwakacyjnej w ochronie lub szwalni[12], i gdyby o tym napisano w kurierze, tobym po powrocie do przytomności tak się zarumienił, jak nie umieją się rumienić ani humoryści, ani konie wyścigowe, ani Battistini[13].
237Bieda, Ofiara, PomocA gdyby jakie blade bardzo, ale umyte na uroczystość dziecko, wychowane w ciemnej izbie dusznej, ale na uroczystość oblane potokami słońca, ponure, ale na uroczystość uśmiechnięte, syte w maju, bo ojciec robi w naprawie bruków lub w domach przedsiębiorcy Hausfelera, ale głodne w zimie, gdyby takie blade dziecko z niebieską wstążeczką i umyte na uroczystość, powiedziało do mnie, a choćby nie tylko do mnie, ale do nas wszystkich:
238— Dziękuję wam, szlachetni dobroczyńcy — i tak dalej, tobym umarł, całkiem umarłbym ze wstydu.
239Bo ja bym sobie zaraz tak pomyślał:
240— Jedna suknia balowa mojej żony, jeden mały wieczorek w szczupłym gronie rodziny i przyjaciół, jedne cygara w sezonie zimowym, jeden nieudany wieczór przy zielonym stoliku, lub jedno popołudnie przy zielonej murawie toru wyścigowego, kosztuje mnie więcej, niż ta ochrona cała… Więc, moje dziecko, jeżeli ty naprawdę myślisz, że jestem dobroczyńcą, toś głupie, a ja — oszust; jeżeli nie myślisz, żem dobroczyńca, toś obłudne, a ja — deprawator.
241Ochrona jest ciasna, wychowawczyni wasza skromnie wynagradzana, przybory do nauki freblowskiej[14] bardzo ubożuchne; ale ja przecież nie mogę żonie nie sprawiać sukien balowych, a sam nie mogę nie palić cygar. A to, że tam coś tego, na ochronę, tom jeszcze nie opiekun, a tym bardziej — dobroczyńca, tylko… tak sobie.
242Tak bym sobie pomyślał i umarłbym zupełnie ze wstydu…
243Ale nie tylko o tym chciałem powiedzieć.
244Utarł się zwyczaj, że ludzie składają ofiary zamiast wieńców. I to bardzo się podoba ogółowi. Handel, OfiaraA jak jeszcze ktoś zastrzeże w ostatniej woli, że nie chce kwiatów, to jest już zupełnie w dobrym tonie i modne.
245Nie chcę, żeby mnie źle zrozumiano. Owszem, więcej korzyści przyniosą pieniądze, złożone bodaj na towarzystwo ratowania tonących, niż zwana wieńcem dziura, oblepiona zielskiem. Ale niech się owym ludziom nie zdaje, że są dobroczyńcami. Boć ostatecznie koszt ten sam, a ma się drukowane nazwisko nie tylko swoje, ale i nieboszczyka, czyli, że dziesięć rubli rozkłada się na dwie pięciorublówki, dla siebie i nieboszczyka — po połowie.
246Doprawdy, ja nie chcę nikogo urazić. Raz jeszcze powtarzam, że to mi się bardzo podoba, że tak, moim zdaniem, wszyscy powinni postępować. Jeżeli mam coś do nadmienienia, to tylko — że ogłoszenia podobne kwalifikują się raczej pod rubrykę „interesy handlow. i majątk.” niż: „ofiary”.
247A wreszcie jest to wszystko jedno. Tylko to nie jest dobroczynność!…
248 249Jeszcze jedna bardzo poważna sprawa wymaga wyjaśnienia, a mianowicie — testamenty.
250Fałsz, Rodzina, Interes, StarośćJest sobie w ubogiej rodzinie, bogato rozgałęzionej, albo nawet odwrotnie — bogatej rodzinie, ubogo rozgałęzionej — jeden bardzo bogaty i bezdzietny członek, zaawansowany w latach.
251Opiekują się nim wszyscy. Siostrzeniec codziennie towarzyszy mu na przechadzkach, bratanka robi dla stryja ulubione soczki. Odwiedzają samotnika krewni z dziesięciu linii, żrą się między sobą, prześcigają się w dogadzaniu wszystkim jego niewygasłym zmysłom. Ten da kwiatek (powonienie), ta przyniesie własną rączką wyszyte pantofle (dotyk), tamten wykosztuje się na jakiś gracik: figurkę, wazonik, lub coś podobnego (wzrok); o ulubionym soczku lub konfiturkach już mówiłem (smak); nawet mu ktoś z linii dziewiątej zagra coś, panie, napoleońskiego, na skrzypcach lub fortepianie (słuch).
252 253— No, i po co to to dla mnie, starego?
254 255A tam gdzieś u rejenta spoczywa papier, który ma zwalić wszelkie nadzieje, który ma dowieść, że podstęp w duszy ludzkiej rozrosnąć się może do potwornych rozmiarów; stary dziewięć dziesiątych przeznacza na cele dobra ogólnego.
256 257— Jakim prawem ten człowiek rozporządza majątkiem swych spadkobierców; jakim prawem zmusza on ich do ofiar na cele, przez siebie upatrzone. Jakim prawem zbiera zaliczki w formie życzliwości, usług a nadto prezentów? Jakim prawem sprowadza on klątwy na instytucje, przez siebie obdarowane, skądinąd pożyteczne bardzo i zasługujące na cześć i błogosławieństwa?
258(Może taka klątwa właśnie ciąży na instytucji kolonii letnich; że nie może wysłać, z powodu braku funduszów, takiej liczby dzieci, jaką należy i pragnęła?)
259I znów muszę nadmienić, że nikogo nie chcę urazić, że legaty uważam za bardzo pożądane przedsięwzięcia, że daleki jestem od twierdzenia, by każdy zapis dobroczynny miał głosić: „naści, niebożę, co mi już służyć nie może”. Idzie mi tylko o wszechstronne wyświetlenie kwestii.
260Boduen był dobroczyńcą, a nic po śmierci nie zapisał, bo rozdał za życia, co jest tym bardziej znamienne, że prawie nic nie miał.
261DziedzictwoZnam rodzinę, która przebywa w pogaństwie judaizmu, nie chcąc drażnić zachowawczego spadkodawcy, protoplasty. Zawód dla ludzi tych byłby tragedią. Znam wypadki, gdzie wstrzymywano małżeństwa, odrzucano posady, gdzie owa tajemnicza koperta z czerwoną pieczęcią do gruntu zmieniała losy wielu rodzin.
262 263Dobroczyńców jest mało: historia, ale nie szkolna, imiona ich zanotowała. Tuła się tam trochę bezimiennych, o których ani ja nie wiem, ani nawet „Biesiada literacka”[15] nie podejrzewa ich imienia…
264Znam ludzi, którzy, mając w kieszeni dwa ruble, złotych cztery i dwa grosze[16], wzruszają się na dwa grosze, lub na grosz tylko (a grosz reszty).
265Znam, którzy mając srebrnego rubla i miedzianą dziesiątkę — potrafią się nawet za dziesiątkę wzruszyć.
266Tak… tak. Ci są już lepsi, ale nie dobroczyńcy. I oto mi właśnie idzie…
267Ofiara, Pieniądz, PoświęceniePowódź, pożar, nieszczęście, bez dachu, tyfus, nędza w izbie piwnicznej, czworaczki, tragedia, nauczycielka, suchoty, maszyna do szycia, student, wpis, filar, chwała narodu, wieszcz, pomnik, aktorka, trojaczki, tego, owego, efektowny opis, miękkie serce, dwie łzy — rubel.
268Owszem, to bardzo ładne. Tak właśnie potrzeba. Lepsze nawet dwa ruble i łza, albo trzy ruble bez łez zupełnie…
269Zabiłeś wronę — grosz, spudłowałeś do zająca — dwa grosze, trafiłeś w psa własnego, zamiast w lisa — trzy grosze. Razem, sto strzałów — sześćdziesiąt kop.[17] srebrem na moralnie zaniedbane dziewczęta lub towarzystwo racjonalnego myślistwa…
270Pula — dziesiątą część na stronę, znów pula — znów rubelek na bok.
271Bardzo pięknie. A potem na kasę wdów po lekarzach, w połowie warszawskich, a drugiej — prowincjonalnych…
272Kieliszek wychyliłeś, rzuć do skarbony, a potem na kasę literacką…
273Mile ci upłynął wieczór w gabinecie w miłym sam na sam — pomyśl o kasie kobiet bezdomnych lub — pracujących moralnie…
274To są wszystko tak piękne obrazki, jakie zdarzało mi się widzieć, tylko na pudełkach od czekoladek i w fejletonach[18] dzienników w owych błogich czasach, gdy podobna dobroczynność cieszyła się nawet dużą sympatią…
275Ja bardzo proszę pisma nasze, jeżeli im to różnicy nie zrobi, żeby, nie wymieniając źródła, zwróciły się do młodzieży, aby zamiast uczt pożegnalnych — składali zebrane pieniądze na cele, jakie im do serca najbardziej przypadają.
276Mogą z nich być w przyszłości lekarze. Może zjadą się do Warszawy na narady w sprawie higieny miast, miasteczek i wsi. Obowiązek, SprawiedliwośćMoże i wówczas nie urządzą uczty z winem i toastami, ale tak bardzo potrzebne grosze na inny cel przeznaczą.
277Tylko ani oni, ani nikt, niech ich nie nazywa dobroczyńcami. To będzie tylko fakt uczciwy, pierwsza rata w spłacie obowiązku.
278Obowiązek — to bardzo, bardzo rzadko używany wyraz. Bo, gdy kto tylko weźmie się do regulowania z nim rachunku na warunkach niewypłacalnego dłużnika — na dwa, trzy, cztery, najwyżej pięć procent — już wrzeszczy zdziwiony tłum:
279 280A bankruta, który zapłacił część należności, nikt nie nazywa inaczej, niż bankrutem.
281Bo wierzyciel — to obowiązek fizyczny (wyrok, komornik, koza[19]), a ten — to tylko moralny (ani wyroku, ani komornika, ani licytacji).
Dzieci to…
282Rzecz dzieje się przy stole obiadowym w pensjonacie.
283Osób dorosłych jedenaście: z tych, dziewięć zalicza się do — owszem, a dwie do — tak sobie.
284(Na wsi trudno o zupełnie dobrane towarzystwo)…
285— Dzieci — to przyszłość narodu — powiada jedna z pań, niosąc do ust łyżeczkę kompotu.
286(Mówiło się przed chwilą o dzieciach).
287 288Wszyscy spojrzeli z uznaniem na kobietę, która wypowiedziała tak głębokie zdanie.
289(Synek jej jest uczniem pierwszej klasy szkoły wielmożnego Rontalera[20], a córeczka „chodzi” do pani Tołwińskiej[21] — szczęśliwi malcy, że mają inteligentną mamusię).
290— Tak jest — przerwał uroczystą ciszę jeden z panów — dzieci są przyszłością narodu.
291I począł ogryzać kostkę pieczonego kuraka.
292Pan, który ogryzał kostkę pieczonego kuraka, miał opinię bardzo rozumnego człowieka (5000 rocznie samej pensji) i dwóch synów w piątym gimnazjum — toteż zdanie jego zostało wysłuchane z należytym skupieniem.
293— Przyszłością narodu są dzieci — powiedziała druga pani z westchnieniem, nakładając na talerz marchewkę z groszkiem.
294Westchnienie, zupełnie na miejscu, spotkało się z zasłużonym uznaniem.
295Wszyscy byli zadowoleni z wyniku inteligentnej rozmowy, która miała tę zaletę, że nie nużyła rozwlekłością, a mimo to nie była zwykłą płytką, szablonową paplaniną.
296Jeden tylko człowiek zdawał się być niezadowolony. Człowiek ten był tak sobie: jakiś nauczyciel, czy coś podobnego, kasłał po nocach — nudny i zgryźliwy.
297Poruszył się raz i drugi niecierpliwie, co zawsze czynił, ilekroć nieproszony zupełnie chciał zabrać głos, i wybuchnął nagle wśród ciszy:
298— Macie państwo zupełną słuszność — tylko że to trzeba rozumieć, trzeba dobrze zrozumieć, a inaczej lepiej wcale nie mówić i nie narażać się na śmieszność — chociaż to wcale nie jest śmieszne.
299Szmer protestu rozległ się wśród biesiadników — szmer rósł — skośne spojrzenia i zjadliwe uśmiechy skierowały się ku mówcy.
300— My rozumiemy, panie profesorze — ozwał się dobitnie i powoli rozumny (5000 rubli rocznego dochodu), ogryzając kostkę pieczonego kuraka.
301— Nie — zaprotestował impertynencko ów tak sobie, i z impetem odsunął talerz.
302Ten człowiek stanowczo nie umiał pogodzić tych dwóch czynności: mówienia i jedzenia.
303— Ależ zapewniam pana profesora, że rozumiemy — ciągnął spokojnie (5000 samej pensji).
304— Nie — huknął tak sobie. — Myśleć należy obrazami. Gdybyście państwo rozumieli, tobyście nie mogli z takim stoickim spokojem zajadać kompotów, kurczaków i marchewki.
305W ostatnich czasach rozrosła się wstrętna kategoria ludzi, których przez grzeczność zwą przeczulonymi, lub nadczułymi. Ludzie ci wszystko biorą zbyt serio i wszystko ich drażni. Ludziom podobnym wydaje się, że nie wolno mówić przy majonezie o powodzi, lub na koncercie o doli podrzutków.
306— Dla mnie wyraz: potomni — jest obrazem, proszę pana. To znaczy: widzę siebie w grobie, spróchniałego, zgniłego, toczonego przez robactwo.
307— Zaczyna się — ozwał się czyjś głos niecierpliwy.
308— A owych malców rocznych i trzyletnich widzę, jako dorosłych mężczyzn — ojców i dorosłe już matki — kobiety.
309— I to panu odbiera apetyt? — zauważył ktoś ironicznie.
310Dziecko, Dorosłość, Przemijanie— I widzę, jak oni za krótkie lat trzydzieści będą zajadali kurczęta, zabawiali się flirtem, zajmowali synekury, urządzali bale i koncerty, nosili tiulowe suknie z dyskretnymi dekoltami; będą czytywali gazety i głupie powieści i prowadzili płytkie rozmowy… Ten dwuletni Kazio, czy Jasio, będzie wywąchiwał duże posagi, a dzisiejsza dwuletnia Mania, Zosia, Jadzia czy Helcia będzie starała się na wędkę swych wdzięków pochwycić rybkę — sukniodajnego męża… Ten roczny Józio, Stasio czy Władzio będzie umizgał się do leciwych mężatek i pożądliwie uganiał za łatwymi zdobyczami na bruku wielkiego miasta, a złotowłosa, szczebiocząca dziś zabawnie Jania, Henia czy Bronia będzie może pokutowała za kawalerskie grzechy męża.
311 312Sześć zupełnie zgorszonych osób usunęło się od stołu.
313— I czegóż się państwo oburzacie? Nie mówiłbym wam tego, gdybyście mnie tak solennie nie zapewniali, że rozumiecie, co znaczy wygłaszany przez was frazes: dzieci — to przyszłość narodu… Czas szybko płynie. Dwadzieścia lat — okres bardzo krótki… Toć pamiętamy doskonale nasze krótkie spodenki i sukienki do kolan. Bacik[22], lalka — prawda — zdaje się nieledwie, żeśmy je wczoraj dopiero porzucili?…
314Znów dwie osoby opuściły swe miejsca przy stole, a pozostałe z niesmakiem odsunęły talerze.
315— Nie znoszę frazesów, zdań niewyczutych, które wiszą jak szyldy jaskrawe, których jednak nikt nie widzi, bo przechodzi obok po kilkanaście razy na dobę; zdań, które przypominają mi szlak na misce, w której się myje, albo kwiat na dzbanku od wody, lub na innym naczyniu…
316— O, tego już zanadto, panie profesorze — zaprotestował po raz drugi ogólnie szanowany (5000 rocznie). — Trzeba się liczyć ze słowami.
317— Przepraszam, nie powiedziałem nic ponad to, co się mieści w przyjętym z takim szacunkiem przez was zdaniu: dzieci — to przyszłość narodu. Gdyby pan powiedział, ogryzając kostkę pieczonego kuraka: „dziecko — to bardzo kosztowna, ale zarazem miła rozrywka” — byłoby mnie niezmiernie przykro, ale mimo to milczałbym, jak mur. Gdybyś pan powiedział: „ma się dzieci, boć człowiek żonaty zwykle ma dzieci, bo tak jest przyjęte, i to jakoś samo z siebie się robi” — nie przerwałbym ciszy nawet westchnieniem.
318Milczenie, Słowo— Jesteś pan człowiekiem krańcowym.
319Pozostali przy stole biesiadnicy — opuścili swe miejsca.
320Do nauczyciela zbliżył się inny tak sobie i łagodnie położył mu rękę na ramieniu.
321 322Był w Ameryce pewien wielki kaznodzieja i znakomity mówca. Arystokracja New Yorku wymogła, by wygłosił kazanie w jednej z najwspanialszych świątyń stolicy. Przybył cały wielki świat; panie postrojone, panowie, jak na balu. Nastrój był niezmiernie swobodny. Z góry się już cieszono spodziewaną ucztą. Przypuszczano, że znakomitość wysilać się będzie, by ich olśnić czarem swej wymowy. Wreszcie ukazał się. Cisza. Oczekiwanie. A on im rzekł tylko tak:
323„Marne, ułomne, liche owieczki, moje! Po co mam wam mówić, jak postępować należy? Wy wiecie, wiecie i beze mnie! Tylko nie chcecie, mili moi, postępować inaczej. Więc szkoda słów”.
324Zrównoważony
325Kondycja ludzka, KawiarniaCzłowiek zrównoważony podobny jest do cukierni.
326Nad człowiekiem zrównoważonym, jak nad cukiernią, wisi szyld, mniej lub więcej jaskrawy, głoszący dobitnie, bez wahań, bez wątpliwości:
327„Cukiernia. Kawa, herbata, lody, ciastka”.
328I każdy wie od razu, z czym ma do czynienia.
329Z frontu, człowiek zrównoważony, podobnie jak cukiernia, urządzony jest dość mile i z pewnym komfortem. Nie ma tam nic, coby przykuwało wzrok, coby głębiej rozsiadło się w duszy, aleć[23] tego nikt nie wymaga; cała rzecz, by nic nie raziło, nie drażniło niemile wzroku lub powonienia.
330W kuchni cukierni i u zrównoważonego człowieka — jest cokolwiek nieczystości, to być musi. Ale się ją skrzętnie ukrywa, bo po co kto ma wiedzieć? Widok brudu dla ludzi wytwornych jest bardzo niemiły i psuje apetyt.
331W cukierni można grać w bilard, w szachy i czytać gazety. Nie są to rozrywki ani wysoko kształcące, ani bezwzględnie szkodliwe, o ile im się nie przypisuje zbyt wielkiego znaczenia i nie poświęca zbyt wiele czasu. Zarówno — towarzystwo zrównoważonego człowieka zapycha czas, przynosi pewien pożytek, daje chwilę wypoczynku, a to jest przecież dobre.
332Człowiek bardzo głodny nie pójdzie do cukierni, bo chcący tam głód ukoić — naraziłby się na mdłości: ciastka są za słodkie. Silnych wzruszeń również cukiernia mu nie da, ale od tego jest szyld, który wyklucza je zgoła. Toż samo — ma się z człowiekiem zrównoważonym.
333Ale istotna, prawdziwa i głęboka analogia między człowiekiem zrównoważonym a cukiernią — kryje się w tym jeszcze, że jedno i drugie — funkcjonują prawidłowo, regularnie, bez kaprysów, bez wahań, skoków i zboczeń.
334Dyn, dyn! Cukiernia otwarta. Wchodzą, wychodzą — wychodzą i wchodzą. Ruch — nie gorączkowy wprawdzie — ruch normalny, prawidłowy — bez wzruszeń, komplikacji zawiłych — bez napięcia lub natchnień, lub silnych dreszczy zmysłowych. Dyn, dyn! Goście opuszczają cukiernię, ani zbyt chętnie, ani z ociąganiem. I zakład zostaje zamknięty — aż do dnia następnego.
335Firma istnieje wiele lat, ma coraz więcej życzliwych, skromna działalność rozszerza się. Aż kiedyś ktoś tam nogę podstawi, lub wskutek zmiany warunków — zostaje zwinięta lub sprzedana.
336Pokiwa ten i ów głową, westchnie życzliwszy, wspomni dobrym słowem jej pączki lub babki śmietankowe — ot i ludziska zapomną.
337Nikt nie przeklina, ani unosi się zbytnio, z rzadka ktoś sarknie na cenę wysoką lub opieszałą usługę.
338Znałem człowieka zrównoważonego.
339Było to w tym głupim okresie życia, gdy się krowiankę[24] swych ideałów chce szczepić na prawo i na lewo, wszystkim i każdemu z osobna, gdy się pięści wściekle zaciska, gdy ktoś powie: „Nie chcę” albo „już jestem szczepiony”, albo: „nie przyjmuje się, panie kochany; już próbowali”.
340Nic dziwnego, że człowiek ten zrazu wstręt we mnie budził:
341— Jak pan możesz tak żyć? Zaręczam panu, że frenologia[25] podniesie pana duchowo, da panu cel w życiu, nauczy pana myśleć — da panu szczęście. Dlaczego pan nie chcesz? Co panu to szkodzi?
342 343— Mój panie, każdy, co wie, to wie — co tu dużo gadać?
344 345SpołecznikW lat parę chciałem go wciągnąć na członka towarzystwa racjonalnej hodowli szpinaku.
346— Szpinak zawiera żelazo, w szpinaku kryje się źródło zdrowia narodu. Szpinak zastąpi kiedyś kapryśne kartofle, i zboże, i mięso. Szpinak zwalczy gruźlicę, rozwiąże wszystkie kwestie społeczne. Bułki ze szpinaku, szpinakowe ubrania, domy ze szpinaku… Panie! zrozumie to pan!
347 348— Mój panie, szpinak — to jest szpinak, i basta.
349 350Znów lat parę minęło. Ujrzałem go na pogrzebie mojej nieboszczki żony.
351— Życie, mój panie, to jest tylko życie — i uścisnął rękę moją serdecznie.
352Ucałowałem go. To proste zdanie było tak poczciwie powiedziane, tyle zawierało ciepła.
353Postanowiłem częściej się z nim widywać. Początkowo interesował mnie, jako obiekt, potem łączyło mnie z nim przyzwyczajenie, wreszcie przywiązałem się do niego, jak do cukierni.
354Pamiętam, mówiłem raz z nim o wierze. Rozpatrywałem wiarę i religię ze strony historycznej, społecznej, filozoficznej, metafizycznej, materialistycznej, etnograficznej.
355On słuchał uważnie, oczami zwisał na moich ustach, a gdy blady i wyczerpany zamilkłem — on uśmiechnął się jakoś bezbarwnie i rzekł:
356— Mój panie! Wiara — to jest wiara… i basta.
357Raz wzburzył mnie fakt bezprzykładnej podłości ludzkiej.
358— Ludzie — wołałem, to — szakale. Człowiek to twór najnikczemniejszy. Każde zwierzę ma coś dobrego wrodzonego, jemu tylko właściwego. A człowiek umie rozumować; człowiek wyrozumuje każdą podłość, każdą nikczemność…
359On położył mi rękę na ramieniu i powiedział dziwnie poważnym głosem, uroczystym:
360— Człowiek jest tylko człowiekiem.
361Innym razem gromiłem stosunek rodziców do dzieci.
362— Co ojciec lub matka daje dziecku, prócz truskawek, czystych chustek do nosa, korepetytora i żółtych bucików? Czy starają się ostalować swe dzieci hartowną zbroją — na ciężki bój życia? Czy wmyślają się w jaźń duchową dziecka — człowieka? Czy w dniu zaręczyn i kupowania wyprawy myśleli o nim, jakie cechy ciała i duszy mu przekażą? Nie. Dziecko — to lalka, piłka, krokiet, to flirt rodziców… Za co im się wdzięczność należy?
363 364— Cóż? Rozumie się, że pan się ze mną nie zgadza?
365— Owszem… owszem… ale widzi pan… Rodzice — to rodzice, a dziecko — to dziecko. Co tu dużo gadać?
366I zdanie to, proste w swej myśli i budowie, podziałało na mnie łagodząco, jak porcja lodów śmietankowych w żarny dzień letni…
367Szalałem niemal, widząc wokoło siebie taki rozpaczliwy brak inicjatywy, brak pomysłowości, brak myśli społecznej.
368— Rutyna głupia, ślimacza, zakatarzona, zaspana, mdła, duszna, ślepa i głucha! Ruszyć tę masę drzemiącą, rozbudzić rakietami górnych myśli, ostrogami bodaj zmusić do porzucenia tego końskiego stępa. Niech to się do pioruna nie rusza tak ociężale, z tymi świstami astmatyka i niezdarstwem tłustej świni, ryjącej się w gnojówce… Błyskawice wieszczych natchnień i gromy pobudki społecznej mają ten skutek zaledwie, że oczy zmuszą do zmrużenia powiek i przerwą jedno szerokie ziewnięcie… I cóż na to poradzić — no mów pan!…
369 370— Panie kochany! Co można — to można, a czego nie można — to nie można. To trudno!
371Porwałem kapelusz i uciekłem, i unikałem go przez czas pewien.
372Tolerancja, SpokójAle ciekaw byłem, jak ten człowiek zapatruje się na młodzież. Sądziłem, że młodzież go drażni swą pełnią życia, swym lekkomyślnym bezkrytycyzmem.
373Nie! On i tu miał gotową myśl, która zupełnie mu wystarczała, by zrozumieć, określić i rozgrzeszyć:
374— Co pan chcesz, panie? Młodość — to jest młodość… Nic pan na to nie poradzi, mój panie.
375„Człowiek jest człowiekiem!” — „Wiara — to jest wiara!” — „Życie — to jest tylko życie”.
376 377„Uprasza się o niepalenie”. — „Uprasza się opłacenie w kasie”.
378Krótkie, treściwe, zrozumiałe…
379Śmierć bohaterskaWidziałem go, gdy konał, otoczony rodziną. Był spokojny:
380— Dzieci, pamiętajcie, że obowiązek — to jest obowiązek, i że uczciwość — to jest uczciwość.
381Zauważył mnie. Wyciągnął rękę:
382— Postaraj się tam pan o emeryturę dla żony, choć coś. Bo pan ma trochę znajomości, no a oni — to tak, jak oni.
383Tak brzmiała ostatnia jego skarga na zwierzchników.
384— Ależ pan będzie żył — próbowałem go zapewnić.
385 386— E, nie, panie, śmierć — to jest śmierć.
387Mój sen
388Jesień, MieszczaninI stało się, że nadszedł miesiąc wrzesień.
389I stało się, te ubyło dnia godzin dwie i minut czterdzieści.
390I stało się, że powrócili mieszkańcy miast do swych zimowych legowisk…
391Powrócili mieszkańcy miast, by jak co roku, zdejmować pokrowce, odprawiać i przyjmować służące, zawiązywać, odnawiać i utrzymywać stosunki, umieszczać dzieci w szkołach i trzepać meble.
392Powrócili mieszkańcy miast, by kupować materiały na ubrania jesienne, chodzić na koncerty, wprowadzać panny w świat, zalepiać watą okna na zimę, kształcić dzieci i wyjmować dywany z naftaliny.
393Powrócili mieszkańcy miast, by się odwiedzać i obgadywać wzajemnie, czytać modne powieści, łgać na prawo i na lewo, zakładać firanki, czyścić srebro i platery, pić fałszowane mleko, brać udział w dobroczynnych widowiskach, mówić o mądrych rzeczach, zaprawiać podłogi, oddawać dzieci do szkół i ścierać kurze.
394Powrócili mieszkańcy miast, by czynić to wszystko, co czynią od wielu lat i co, ich zdaniem, ma wielki sens…
395Kondycja ludzka, FilozofWszystko cokolwiek czynimy, o czym myślimy, co się wokoło nas dzieje, albo ma sens, albo nie ma sensu.
396Palenie papierosów, noszenie gorsetów[26], pisywanie fejletonów[27], zbieranie pocztówek, zakładanie nowych dzienników, wygłaszanie toastów, urządzanie uczt powitalnych i pożegnalnych — wszystko to nie ma sensu, a jednak istnieje.
397Czyż wobec tego mój dziwny sen, niezależny od woli i chęci — nie da się usprawiedliwić?
398 399Śniło mi się, że mam syna, który przez całe lato pisał dyktanda ze Smirnowskiego[28], umie cztery działania, zna rozbiór, dużo prawideł i wyjątków; ma lat dziewięć, sieć niebieskich żyłek na skroniach, bardzo rozwiniętą wyobraźnię — i jest roztrzepany.
400Śniło mi się, że idę ulicą, trzymając syna za rękę, i mówię:
401 402Obok mnie idzie pokornie korepetytor chłopca i mówi:
403 404Idziemy obaj, drżąc, potykając się, słaniając, i mówimy:
405— Chłopcze, bój się Boga, bądź uważny.
406A on, z tutką[29], zawierającą bibułę, dwa arkusze papieru w dwie linie, pióro i trzy stalki[30] na zapas — idzie podskakując, i odpowiada:
407— Niech się tatuś nie boi… A czy to prawda, że jak pająk ugryzie słonia w trąbę, to słoń się może wściec?
408 409— Chłopcze, co ty pleciesz? Co ciebie obchodzi słoń, trąba i pająk?… Ty myśl tylko o wyjątkach.
410— O wyjątkach, myśl — głucho powtarza korepetytor.
411— O wyjątkach, o wyjątkach — powtarzamy razem, nieprzytomni z przerażenia.
412Chłopiec opuścił głowę ku ziemi i milczy.
413 414Na podwórzu gmachu szkolnego tylu ojców, matek i chłopców. Brr! jak ja ich wszystkich nienawidzę — tych kandydatów, tych rywali…
415Nagle tłum się rozstępuje, kołysząc, i wychodzi człowiek, w którego rękach spoczywa los mego syna.
416Zbliżam się do niego i zginam w pół. Chcę mówić, ale głos mi w gardle zastyga. Daje mi znak, bym się wyprostował. Staję i patrzę, że wszyscy wokoło klęczą. Klękam. Cisza.
417I nagle słyszę, jak syn mój, wśród niczym niezamąconej ciszy, mówi zupełnie głośno:
418— Tatusiu, ten pan podobny jest do Robinsona Kruzoe na obrazku w mojej książce.
419Chwyciłem topór i z wściekłością rzuciłem się na malca, ale mnie powstrzymano.
420Kto by tam w snach szukał sensu.
421— Bądź uważny. Teraz przynajmniej bądź uważny — proszę go — kupię ci wody z sokiem malinowym i zegarek.
422— Z jedną kopertą czy z dwiema?
423 424 425 426 427 428 429Posadziłem chłopaka na wieży ratuszowej — woziłem go po całym mieście i wołałem:
430 431A ludzie rzucali czapki w górę i całowali mnie po rękach.
432Kto by tam w snach sensu szukał…
433Sen, Nauka, KarieraAż oto dowiedziałem się, że jest dużo kandydatów.
434W ręku miałem długi nóż, a przed sobą — setki matek, ojców i ich dzieci. I rzuciłem się w tłum, i zacząłem ich zabijać.
435 436Żona mówiła mi nazajutrz, że krzyczałem przez sen, wymachiwałem rękami, a czoło moje zroszone było chłodnym potem.
437 438 439Ze zdziwieniem spostrzegłem, że maleje mu korpus, a rośnie głowa.
440Zrazu nie zwracałem uwagi na dziwne zjawisko. Myślałem o rzeczach stokroć ważniejszych: chłopiec mój nie wiedział, gdzie jest Etna i w którym roku urodził się Karol Wielki — wówczas nienawidziłem go, wydrapywałem mu oczy, morzyłem głodem. Gdy przynosił upragnioną czwórkę, zmieniałem się w jego czciciela, uległego sługę, niewolnika. Rozporządzał wówczas osobą moją bez zastrzeżeń.
441I tak, raz po raz, to byłem katem jego, to ofiarą.
442 443 444Idzie ulicą mój syn. Na cienkich jak patyki nogach, kołysze się wielka głowa — tułowia ani śladu — z policzków wyrastają mu dwie maleńkie rączki, jak niemowlęcia.
445Podtrzymuję go, gdyż patykowate nogi nie są w stanie utrzymać w równowadze potwornie wielkiej głowy.
446Idę obok niego i gałązką zganiam z jego twarzy gromady much, które ją obsiadły.
447A za nami biegną ulicznicy i wołają:
448— O, głupi idzie, głupi, głupi!
449I przychodzimy do wrót wielkiego gmachu.
450Padam na kolana przed możnym człowiekiem i wołam:
451— Dajcie mu synekurę, synekurę, synekurę!
452— Zajęte wszystkie — odpowiada możny człowiek.
453— Synekurę mu dajcie, bo przecież widzicie, że on jest trochę osłabiony przez naukę.
454 455 456 457 458A czytelnicy niech przeczytają Nego Daniłowskiego[31], albo niech przeczytają, co chcą, albo niech nic nie czytają…
Poczciwości człowiek
459Ten także znowu, panie, z pretensją wyjechał…
460PrzywódcaOsądźcie sami tylko:
461Naczelnik naszego biura jest człowiekiem, który, prócz sześciu tysięcy rocznej pensji i pleców — posiada jeszcze… humory. To znaczy: dobry humor, albo zły humor.
462Jeżeli jest w dobrym humorze — chwali, jeżeli w złym — gani. Jest to zupełnie zrozumiałe, albowiem sam najmniejszego nie ma pojęcia o rzeczy i ocenić pracy nie potrafi. Czymże się więc ma kierować? A przecież musi chwalić i ganić na przemian: od tego właśnie jest zwierzchnikiem i pobiera pensję.
463 464 465 466Przychodzi raz do biura w złym humorze.
467Temu nawymyślał, tamtemu nawymyślał — idzie do mnie.
468Ja jestem poczciwości człowiek. Każdy może zaświadczyć. Robię swoje, w drogę nikomu nie wejdę, wody nikomu nie zamącę.
469Przychodzi do mnie: zajrzał do jednej książki, do drugiej — i zaczyna, rzecz naturalna, wymyślać:
470— Pan nie umiesz pisać — powiada — pan jesteś niedołęgą — powiada — pan nic nigdy porządnie nie zrobisz — powiada — pan darmo tylko pensję bierzesz.
471— Ależ, panie naczelniku — powiadam.
472— Kiedy ja mówię, to pan milcz — powiada. — Pan mi nie przerywaj — powiada. — Pan nie wiesz nawet, jak się względem mnie zachowywać.
473 474Nawymyślał mi, za przeproszeniem, od durniów, błaznów i nieuków — i poszedł do swego gabinetu na cygaro i gazetę.
475Nie powiem, żeby mi podobnie niesprawiedliwa ocena moich kwalifikacji i osoby była miłą. Toć pracuję już nie pierwszy rok, toć nie jestem pierwszy lepszy chłystek, którym można bezkarnie pomiatać.
476Oburzyło mnie to, ale myślę sobie tak:
477Co ja tam będę z nim zaczynał? Przyszedł dziś w złym humorze, więc musiał na kimś wywrzeć swą złość. Ja mu się akurat nawinąłem, więc się do mnie najbardziej przyczepił. No trudno.
478Ja w ogóle jestem z gruntu poczciwości człowiek.
479 480Ale w naszym biurze, proszę was, pracuje jeden młodzik. Pracuje, to i pracuje. Ja tam nikomu w drogę nie wchodzę, mnie tam nic nie obchodzi, kto pracuje, kto nie pracuje. Dla mnie tam wszyscy mogą choćby na głowie chodzić, byle się znowu do mnie nie wtrącali.
481A on, panie, ten gołowąs, wstaje nagle i powiada:
482— Panowie, jak wy się zapatrujecie na zachowanie naszego kolegi?
483A że on siedzi akurat obok mnie, więc ot tak sobie zapytałem:
484 485Bo myślałem, że on ma na myśli naczelnika, więc zdziwiło mnie to nagłe koleżeństwo.
486— Pan się jeszcze pytasz, jakiego kolegi? — odpowiada. — Ja właśnie pytam, czy tu się znajdzie kto taki, co panu po tym wszystkim zechce podać rękę.
487— A cóż ja takiego zrobiłem? — pytam zdumiony.
488Myślałem na razie, że może rzeczywiście powiedziałem coś niestosownego, tak mnie to znienacka zaskoczyło.
489— A cóż ja, u licha, powiedziałem?
490— Właśnie to źle, żeś pan nic nie zrobił i nic nie powiedział.
491 492— Reagować na zniewagę, na obelgi…
493— O, ta… ta… ta… Reagować!… Byłby mnie jeszcze więcej zwymyślał… Przecież chciałem mu odpowiedzieć, to odpowiedział, że się nie umiem zachowywać.
494A ten, panie, chłystek, gołowąs, panie:
495 496 497Honor, Służalczość— Panu się zdaje, że to tak można. U nas o dymisję nie tak znowu trudno, a o nową posadę za to — to trudno.
498— Więc, zdaniem pana, należy sobie pozwolić w gębę pluć?
499— Pluć nie pluć, ale jak kto ma żonę i dzieci…
500— Tym bardziej, jak kto ma dzieci — powiada młokos.
501 502— Jak to: tym bardziej? — pyta ten rozsądny kolega. — To dzieci mają potem z głodu zdechnąć?
503 504Słowo wam honoru daję — ja jestem sobie poczciwości człowiek i nikomu wody nie zamącę, ale chciałem go zbesztać od ostatnich.
505Moje dzieci mają z głodu zdychać? Taki chłystek, co to nie ma pojęcia, czym jest zrodzone z prawego łoża dziecko, taki, panie, smarkacz, śmie mi mówić, z czego moje dzieci mają zdychać. On mi będzie nauki dawał. Dlatego, że mi tam ktoś coś przykrego powiedział, to ja mam… kiedy to i gadać nie warto.
506— Mój panie — powiadam do niego — pan jeszcze własną pracą dzieci nie karmił.
507 508— Ale pan je karmisz nie tylko pracą, ale upodleniem. A dzieci, wychowane kosztem upodlenia ojca, wyrosną na szubrawców, i pan sam nawet nie będziesz miał z nich pociechy. Połajdaczą się panu.
509No wiecie; żem go za to nie trzasnął w pysk to doprawdy chyba — że jestem poczciwości człowiekiem.
510 511— Mój panie — mówię — jeżeli mi mój zwierzchnik tam co powie, to chociaż ja mogę się z nim niezupełnie zgadzać, chociaż moje zapatrywania pod niektórymi względami mogą być różne, to ja muszę słuchać — i basta! — bo na to jest, mój panie — zwierzchność — i już! Ale pan nie ma prawa mi ubliżać, bo nie jestem od pana zależny, bo pan jest na to za młody, żeby mi rad udzielać — i już.
512 513Myślicie, że po tej odprawie on dał za wygranę[32]?
514— Ja raz jeszcze — powiada — pytam, co panowie myślicie w tej nad wyraz smutnej sprawie przedsięwziąć?
515— Mój panie — powiadam — ja tam nie jestem denuncjantem, ale ostrzegam pana, że o tym naczelnik może się dowiedzieć i wylecisz pan z biura.
516— A pan myśli, że ja będę pracował w takim biurze, gdzie panują podobnie świńskie stosunki… Ja tu i godziny nie będę dłużej.
517— Ach tak, to rozumiem — powiedziałem. — To pan jest pewnie radykał?
518 519— Trzeba mi to było od razu powiedzieć.
520I po co ja dopiero z takim zacząłem gadać?
521 522I wyobraźcie sobie państwo, teraz żyjemy ze sobą w najlepsze. Bo ja tam nikomu w drogę nie wchodzę, tylko nie lubię, żeby się kto do mnie wtrącał…
523 524Dlaczego naczelnik, jak jest w złym humorze, to najchętniej ze mną rozmawia, a z nim — to nigdy?
Bez tytułu
525Cioteczny brat stryjecznej siostry mojego rodzonego stryja, znając wielkie i niekłamane przymioty mego charakteru, zaasekurował[33] mnie przed laty na rubli tysiąc, mówiąc:
526— Niechże ten nicpoń, który straci na pewno wszystkie ośm[34] spadków wszystkich swoich ośmiu bezdzietnych krewnych, niech otrzyma po dojściu lat czterdziestu tysiąc rubli. Jeżeli do tej pory nabierze trochę rozumu, będzie miał parę groszy na wygrzebanie się z błota, w które wlezie, jeżeli pozostanie pijakiem, niech i tę krwawicę moją przepije, ale dopiero w czterdziestym roku życia.
527Artysta, Sława, PlotkaCo zrobiłem ze spadkami, to jest osobistą moją sprawą, z której nie mam najmniejszej ochoty publicznie się spowiadać; stanowczo odmawiam wszelkich wyjaśnień w tej kwestii i żądam, żeby mnie o to nie nagabywano ani bezpośrednio, ani pośrednio. Ładna historia sobie, no! Nigdzie chyba ludzie piszący nie są tak natrętnie podpatrywani, jak u nas, a przecież niejednokrotnie już wyjaśniano, że prywatne życie piszącego należy tylko do niego, a tylko dzieła podlegają sądowi ogółu. Więc raz jeszcze powtarzam, że nikt nie ma prawa nie tylko zapytywać mnie, ale nawet czynić domysłów, co zrobiłem z owymi spadkami. Ale przystąpmy do rzeczy:
528Przed pięcioma laty tedy ubiegł termin, w którym posiadałem już niekłamane prawo do sumy, na którą zostałem zaasekurowany — skończyłem bowiem lat czterdzieści.
529Biorę drżącą ręką polisę i idę po „krwawicę” wyżej wymienionego dobroczyńcy mego.
530— Szanowny panie — mówię do urzędnika towarzystwa asekuracyjnego[35], który niezmiernie grzecznie poprosił, bym zajął miejsce. — Szanowny panie, pragnąłbym…
531— He, he! zapewne synka lub (przyjrzał mi się uważnie) może wnuczka, choć pan tak młodo wygląda, może wnuczka pan życzy sobie zaasekurować?
532— Nie, panie, jestem kawalerem, uważa szanowny pan, i jeżeli nawet…
533— A, to może (spojrzał na mnie przenikliwie) może posesyjkę od ognia?
534 535 536Chcąc przerwać indagację, wyjąłem polisę i położyłem ją na biurku.
537Biurokracja— Chciałem odebrać przypadającą mi sumę.
538— Ach, ta… a… a… k. Dobrze, ale uważa pan, my nie wiemy, czy pan żyje?
539— Ależ żyję, mogę panu zaręczyć, że żyję.
540— Nie, panie, pan może się mylić przecież.
541Zdębiałem: a może w samej rzeczy? Wahanie swe ukryłem i raz jeszcze zapewniłem urzędnika, że żyję, że jestem tego pewien, że fakt ten najmniejszej nie ulega wątpliwości.
542— Ależ panie, raz jeszcze powtarzam, że pan może mię mylić. Pan mógł już dawno umrzeć, a pan właśnie może być zupełnie ktoś inny.
543— A jakże ja się przekonam? — zawołałem zgnębiony.
544— Otóż to właśnie; zaraz panu wyjaśnię: pójdzie pan do rządcy i weźmie pan od niego piśmienne poręczenie, które należy zaopatrzeć w markę[36] i dać do poświadczenia w cyrkule[37]. Następnie napisze pan podanie w formie prośby o wypłatę pomienionej sumy; podanie to zechce szanowny pan zaopatrzyć w mareczkę i podpis stwierdzić u rejenta[38], następnie przyjdzie pan do nas po informacje co do dalszych kroków.
545Możecie sobie wyobrazić, jak spędziłem noc, w jakiej piekielnej niepewności, w jakim strachu szalonym: a nuż dowiem się, że umarłem, że ja nie jestem ja, tylko ktoś inny, który się za mnie podstawił. Tonąłem we łzach i w pocie chłodnym. Oczekiwałem rana z zamarłym sercem, oka zmrużyć nie mogłem. Postanowiłem zapisać część tej sumy na cele dobroczynne, byle przekonać się, że żyję. Kilka razy przebiegała mi przez głowę myśl: „a może darować im tę sumę, i nie wywoływać wilka z lasu”. Ale ciekawość ma też swoje prawa.
546O świcie dzwoniłem do mieszkania rządcy.
547— Panie, błagam pana, daj mi pan świadectwo, że ja nie umarłem, że zamiast mnie nie żyje ktoś inny.
548Wiele chwil długich, jak wieczność, minęło, nim zdołałem przekonać zacnego człowieka, że żyję: z początku stanowczo odmówił dania mi świadectwa, potem dopiero udobruchał się i wręczył mi cenny papier.
549W dwa dni później uśmiechnięty, rozwiośniony, przestępowałem próg biura towarzystwa asekuracyjnego.
550Urzędnik przejrzał papiery, pokręcił głową, uśmiechnął się smutnie i szepnął:
551— Tak, panie, mamy już dowód, żeś pan nie umarł, ale musimy mieć dowód, żeś pan się urodził.
552 553— Jak to? więc istnieje wątpliwość? więc może okłamywano mnie tylko, i ja żyłem w tej sieci kłamstw i szalbierstwa? O! nikczemności ludzka! — wołałem.
554— Ależ uspokój się pan, może pan się urodził, może to prawda, my tylko dowodu na to nie mamy.
555 556 557— Metryka i książeczka legitymacyjna.
558 559Znów noc całą straciłem. Dziś zupełnie otwarcie wyznać już mogę, że obawiałem się nie na żarty. Wprawdzie słyszałem coś o tym, że mam tam gdzieś metrykę, ale nuż w ostatniej chwili przekonam się, że mnie łudzono tylko?
560Po wielu kosztownych próbach i wycieczkach, otrzymałem tyle upragniony dowód, że się urodziłem.
561Wręczyłem dowód ów urzędnikowi towarzystwa asekuracyjnego z miną, która mówiła: „I cóż? aha?”.
562Stałem wyprostowany w oczekiwaniu nowego ciosu. Nie dał czekać na siebie zbyt długo.
563— Tak, panie, teraz najmniejszej już nie ulega wątpliwości, że osoba, wymieniona w polisie, urodziła się i żyje, ale jakiż my mamy dowód, że tą osobą jest pan?
564Wyjąłem bilet wizytowy, dwa kwity lombardowe, brzmiące na moje nazwisko, trzy listy, adresowane do mnie, chustkę od nosa z monogramem, dodając przy tym, że pozwalam sprawdzić i inne części mojej garderoby, opatrzone takimże monogramem.
565Urzędnik drwiąco patrzał na mnie:
566— Nie, panie, my na podobne dowody nie możemy wypłacać pieniędzy. Bilet wizytowy, monogramy i listy, można bardzo łatwo sfabrykować za parę rubli.
567 568— Panie — rzekłem — torturujesz mnie pan od tygodnia, a dziś robisz mnie pan oszustem, kalasz pan latorośl znakomitego rodu. Tego już za wiele, postępujesz pan niegodnie.
569Wysłuchał przemowy mojej cierpliwie.
570— Tak — rzekł — rozumiem gniew pański i współczuję z panem, ale ja wymagam to tylko, czego ode mnie żąda moja zwierzchność.
571— Jakże ja panu dowiodę, że ja — to jestem ja?
572— Drobnostka: uzyska pan podpis sześciu obywateli miejskich i czterech ziemskich.
573 574— Nie wiem, postaraj się pan. To już ostatnia formalność. Suma natychmiast zostanie panu przez kasjera wypłaconą. A przy wypłacie da pan tylko pokwitowanie, poświadczone przez rejenta, i koniec.
575Ze zdwojoną energią wziąłem się do pracy… Objechałem pół Królestwa, całą Warszawę, ale w trzy tygodnie niespełna, wydawszy na jazdy około stu rubli, posiadałem żądaną liczbę podpisów.
576— Ślicznie — zawołał urzędnik, przeglądając akta mej sprawy (około trzech liber papieru) — teraz pan zechce przedstawić nam poświadczone przez rejenta dowody, że tych dziesięciu obywateli — jest w rzeczy samej obywatelami, że się urodzili i że nie umarli jeszcze.
577— Ależ panie, to niemożliwe! — zawołałem z rozpaczą, graniczącą z obłędem.
578— No tak, przyznaję, że to jest dość przykre, ale niechże pan sam przyzna, że towarzystwo nie może ufać podpisom ludzi, których nigdy nie widziało, o których istnieniu nic nie wie. No, racz pan przyznać.
579— Ano tak, ma pan słuszność, ale bądź co bądź…
580Rzuciłem posadę, którą miałem, aby móc oddać się niepodzielnie sprawie tak ważnej i wymagającej tak wiele czasu i zabiegów. Szło mi to teraz łatwiej, dzięki doświadczeniu.
581W cztery miesiące miałem już żądane dowody, które dwoma wozami frachtowymi[39] sprowadziłem do towarzystwa. Bo trzeba wiedzieć, że urządziłem się nad wszelki wyraz dowcipnie, uzyskując dowody tych, którzy podtwierdzali podpisy, a znów wszelkie legitymacje tych, których podpisy znajdowały się na dowodzie złożonym przeze mnie, potwierdzone były przez osoby, których papiery także na wszelki wypadek zgromadziłem.
582Miałem jeszcze trochę kłopotu z papierami mego dobroczyńcy, musiałem złożyć akt urodzenia i zejścia, kopię testamentu, dowody o bezdzietności wszystkich moich spadkobierców, dowód, że sam nie mam ani dzieci, ani wnuków, ani prawnuków. Ale to jest już drobiazgiem: łatwiej dowieść, że ktoś nie istnieje wcale, niż że urodził się, nie umarł i że on jest właśnie ten sam.
583Bądź co bądź, za miesiąc suma moja ma mi być wypłacona. Otóż, bogaty w doświadczenie, wybrałem sobie, jako sposób zarobkowania na przyszłość, przeprowadzanie formalności wstępnych przy odbiorze sum od towarzystw asekuracyjnych.
Kelner jest człowiekiem
584 585Ano trudno: napisało się. Trzeba jechać dalej…
586Otóż wyobraźcie sobie, że od lat ośmiu jadam obiady w pewnej restauracji, że zasiadam zawsze przy tym samym „moim” stoliku, i że posługuje mi ten sam kelner.
587Jak do tej chwili wszystko w porządku.
588Wyobraźcie sobie dalej, że przez te ośm[40] lat niejednokrotnie wymyślałem owemu kelnerowi za rozmaite jego przewinienia.
589 590 591Nie było gazety, gdzieś się zapodziała:
592 593Zabrakło wykałaczek, albo wydano z kuchni rosół na brudnym talerzu:
594— W chlewie tobie usługiwać, a nie być kelnerem.
595Nawymyślał mi mój zwierzchnik:
596— Albo gospodarz wyrzuci cię na cztery wiatry, albo przeniosę się do innej jadłodajni, bałwanie!
597Kelner zwykle nic nie odpowiadał; rzadziej bąknął coś pod nosem, co zapewne było z jego strony protestem przeciw moim uroszczeniom lub usprawiedliwieniem.
598A teraz wyobraźcie sobie, że przed tygodniem kelner ów podał mi czarną kawę bez cukru.
599— A cukier? — pytam z oburzeniem.
600— Ach, zapomniałem — odparł spiesznie.
601— Ale napiwka[41] nie zapomnisz wziąć, co?
602Po chwili zjawiła się cukiernica.
603— Przepraszam pana — powiedział kelner.
604 605— Ja pana przepraszam, że zapomniałem podać cukier do kawy.
606W pierwszej chwili myślałem, że drwi ze mnie.
607— Zbogaciłeś[42] się już? Może dom sobie kupujesz?
608 609Patrzę: on jest mężczyzną lat około trzydziestu, z siwiejącymi na skroni włosami; ma nos, oczy, uszy. Właściwie co w tym dziwnego? No nic. Choć na razie zdziwiło mnie, że kelner ma coś więcej nad dwie ręce do podawania obiadu i brania zapłaty i napiwka. Co jednak dziwniejsze: zauważyłem, że kelner ma smutny wyraz twarzy.
610— Nie wyspałeś się, czy jesteś pijany? — zapytałem pojednawczo.
611— Nie, panie, żona mi chora.[43]
612 613— Moja żona, proszę pana, jest chora.
614 615— Tak, proszę pana — i dwoje dzieci, a to właśnie teraz, to trzecie.
616Pozycja społeczna, Kondycja ludzka, SługaPatrzcie państwo: kelner ma nie tylko nos, oczy, uszy, ale i żonę. No, że ma uszy, to jeszcze nic dziwnego: żeby słyszał, gdy na niego dzwonią. Że ma tam nos i oczy, to jeszcze można się z tym pogodzić. Ale po co kelnerowi, u licha, żona i dzieci, i jak to się do niego wzięło[44]?
617Postanowiłem rzecz wyświetlić.
618— Więc powiadasz, że masz żonę i dzieci? No i jakże to ty masz tę żonę?
619— Ha, zakochał się człowiek, ożenił, i ot — pan przecież wie, jak to jest?…
620— Wiem; no wiem. Juści, że wiem, ale… I zakochałeś się, powiadasz?
621 622— Ale zaczekajże. To mnie zaciekawiło… I cóżeś ty jej powiedział, jakeś się zakochał?
623 624— Ale słuchaj no, przyjdź tu potem.
625Patrzę… patrzę. Oczy szeroko otworzyłem. Ten sam kelner i basta.
626— Słuchaj no, mój kochany — badam go dalej — a jak ty dawno po ślubie?
627 628— Aha… No, i powiadasz, że masz dzieci?
629— A mam. Chłopak ma już sześć lat, dziewczyna cztery, no, i to, co będzie. A troje umarło.
630— Aha… Więc troje umarło. No, a te, co żyją, to pewnie są kelnerami — co?
631— Skąd znowu? Najprzód, że są jeszcze małe. A po drugie, to już wolę, żeby były, czym chcą, tylko nie w tym obowiązku.
632— Jak to, „w tym obowiązku”? A czymże mają być?
633— Albo ja wiem? Chłopak chętny do nauki.
634 635— A tak. Już dobrze składa litery. Dobrego ma nauczyciela.
636— Twój chłopak ma nauczyciela? Co też ty mówisz?
637— Cztery złote groszy dwadzieścia na miesiąc mnie kosztuje.
638Łyżeczka wysunęła mi się z ręki i z brzękiem padła na marmurowy blat stołu.
639— Poczekaj no… Co to ja jeszcze chciałem spytać?… Aha… No, a jak na ciebie dzieci wołają?
640— No, jak mają wołać? Wołają: ojciec, tata.
641— Mój kochany, powiedz mi tak parę zdań. Jak na przykład — chcą czego, to jak mówią?
642— Rozmaicie: „niech tata kupi”, albo: „proszę ojca”, albo „mój tatusiu”.
643„Kelner! Płacić, do stu diabłów! Ogłuchłeś?”
644 645Byłem tak zdumiony zrobionym świeżo odkryciem, że mi się nawet cała ta historia nie wydawała na razie śmieszną. I już wtedy błysnęła w mym mózgu myśl, że kelner bądź co bądź jest człowiekiem. Ale nie odważyłbym się za nic w świecie zwierzyć komukolwiek z tym dziwacznym urojeniem…
646Nazajutrz zapytałem, jak się ma żona. Żona ma się lepiej. Dziecko jest chłopcem. On całą noc siedział przy żonie. Teraz przy żonie jest jego matka. Nowe odkrycie: kelner ma matkę. Jeszcze nie koniec. Matka mówi do niego: „synu”, albo „synku”. Dalej: kelner ma bliższych i dalszych krewnych, ma znajomych i przyjaciół.
647W dalszym ciągu dowiedziałem się, że on uważa, iż niektórzy goście są ludźmi źle wychowanymi; że wolałby się nieraz i wyrzec napiwka, byle mu nie ubliżano; że czasem ogarnia go takie zniechęcenie (sic[45]), iż rzuciłby chętnie wszystko do diabła, ale nie może, bo ma dzieci; że on czytał Ogniem i mieczem samego Sienkiewicza i całe noce nie spał i do niczego był niezdolny, tak miał głowę nabitą tymi przygodami; że on uważa, iż prasa za mało zajmuje się wielu sprawami, a za wiele innymi znowu sprawami; że on bardzo potępia Luizę, że rzuciła dzieci dla jakiegoś fircyka; że on by nie przebaczył nigdy żonie, gdyby był jej mężem; że jemu często przykro podawać różne przysmaki, bo zna tajemnice zakulisowe jadłodajni swego pryncypała; że między kelnerami są intrygi; że u nas jest wielka ciemnota i dlatego jest tak źle; że gdyby on miał jakiś kapitalik, toby sobie kupił magle i żyłby sobie spokojnie.
648Dowiedziawszy się tylu rzeczy w ciągu trzech dni, zacząłem wyprowadzać wnioski z nagromadzonego materiału.
649Przede wszystkim począłem rozumować tak.
650Że kelner może mieć żonę, dzieci, lub jedno i drugie razem — o tym wiedziałem i dawniej, tylko jakoś mi to na myśl nie przychodziło. Że kelner ma matkę, ojca, może mieć braci i siostry, a więc krewnych w ogóle, to można sobie było wykombinować a priori[46]. Że kelner umie czytać, łatwo odgadnąć, gdyż podaje żądane gazety, pisze rachunki na obrusie itd. — eo ipso[47], mógł czytać też Ogniem i mieczem i mógł się tym dziełem zachwycać. Że ma on swój pogląd na ludzi, których widuje, i wypadki bieżące, to również stało się jasnym. Że może kelner być obdarzony inteligencją, łatwo przypuścić, jeśli się zwróci ku życiorysom sławnych ludzi, między którymi wielu pochodziło nie z adwokatów, złotej młodzieży, kancelistów itp. inteligencji. Pozycja społeczna, Kondycja ludzka, SługaŻe kelner może kochać żonę i dzieci, a nawet być smutnym, gdy żona mu choruje, umiera dziecko, wiemy z powieści, nowelek i wierszy, a z drobnych wiadomości w pismach wiemy, że nie tylko lekarze, inżynierowie, aptekarze, reporterzy, dentyści lub handlowcy umieją kochać lub nienawidzieć[48].
651Wobec tego, kelner, jako posiadający fizyczne, zewnętrzne rysy i duchową powierzchowność ludzką — jest człowiekiem; co jeśli nie zostanie obalone w polemice — winno wpłynąć — by w restauracjach i cukierniach, obok tablic z napisem: „nie pluć na podłogę” lub „uprasza się o zdejmowanie kapeluszy” — umieszczono tablicę: „kelner jest człowiekiem”.
652Jest to jednak krok dość ryzykowny. Bo diabeł nie śpi. A nużby w dalszym ciągu się okazało, że człowiekiem jest również posłaniec, dorożkarz, parobek, stróż, służąca, szwaczka, szansonistka itd.?… Musiałoby się to wpłynąć fatalnie na bieg stosunków towarzyskich…
653Nie moją rzeczą rozwiązywać tak zawiłą sprawę. Dość przeżyłem wstrząśnień, nim sam zacząłem mówić mojemu kelnerowi: „dzień dobry, proszę pana, dziękuję, do widzenia się z panem[49]”. Wiele mnie to kosztowało sił i zdrowia: toż przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka, jak mówią.
Oświata
654 655— Oświata, moje dziecko, jest człowiekowi potrzebna.
656 657— Oświata, moje dziecko, jest kobiecie także potrzebna.
658 659 660 661„Potrzebna nauczycielka do początków skromnych wymagań. Tamże pokój z samowarem dla spokojnej osoby albo moralnego mężczyzny”.
662 663 664 665 666 667 668 669 670 671 672 673 674I dzieci moje zaczęły się uczyć…
675Pierwszy miesiąc: nie zmądrzały jeszcze.
676Drugi miesiąc: uciekają od książek.
677 678Czwarty miesiąc: straciły apetyt.
679Piąty miesiąc: blade, oczy napuchnięte od płaczu, zgłupiały do cna.
680Pięć razy po siedem rubli równa się trzydzieści pięć rubli…
681— Pozwoli pani, że będę siedział przy lekcji i posłucham, czego to pani uczy?…
682 683 684— Dzieci, weźcie kajety[50]. Napiszemy dyktando.
685Dzieci biorą kajety i piszą dyktando.
686 687„Babka patrzy przez lupkę na mapkę. Bąk się zląkł i uciekł z łąk. Dziecko się maże, że ojciec każe, aby aptekarze nie byli w barze. Kózka podarła Józce bluzkę. Handel herbatą i haftkami narobił na huśtawce hałasu. Nie wierz, że zwierz mógł spaść z wież. Napij się wódki, mój ty krótki, i siądź do łódki. On wsadził lufkę w mufkę i powiedział mówkę. Powstał krzyk, bo dzieci żądały fig. Kto idzie przez dróżkę, spotka stróżkę i złamie nóżkę”.
688 689 690 691 692 693 694— Jesteś osioł, dureń, idiota, błazen, nieuk: bo mazać. Dlaczego: kózka?
695 696 697 698 699— A przecież wodą nie można się upić.
700— To wszystko jedno. Odmieniaj: babka.
701 702— Znowu nie uważasz, ośle, durniu, idioto, błaźnie, nieuku. Kogo widzę?
703 704 705 706 707— Kogo widzę? Babkę widzę. Od początku.
708 709 710 711 712— Mazgaj jesteś: babkę, babką, o babce. Nie chce ci się uczyć: babki, babek, babkom. — Wyrośniesz na ostatniego osła: babki, babkami. — Świat cię otoczy pogardą: o babkach.
713Nauczycielka, Okrucieństwo, GłupotaŁzy.
714— Powiedzcie mi teraz, co to jest — kózka?
715 716— Kretyn jesteś: nic nie umiesz. A ty co powiesz: co to jest — kózka?
717 718— Oślica jesteś. Kózka to jest rzeczownik.
719 720 721— Dobrze. Nareszcie wam to zdołałam wbić w łby, ośle głowy. Schowajcie kajety. Teraz arytmetyka.
722 723— Już beczycie? — Pewien ojciec miał sześciu synów. Razem ci synowie mieli 315 lat. Drugi syn był dwa razy starszy od pierwszego, trzeci — dwa razy starszy od drugiego, czwarty — dwa razy starszy od trzeciego itd. Ile każdy z synów miał lat? Takie zadania często bywają na egzaminach. Noo?
724 725— No, ile części miał pierwszy syn? Prędzej.
726 727— Osioł jesteś. Nic nie umiesz. No, a ty?
728 729— Oślica jesteś. Pierwszy syn miał jedną część lat. Napiszcie jedynkę. Czego wytrzeszczacie oczy? Nie umiecie jedynki napisać?
730 731— A drugi syn miał dwa razy więcej lat. Więc ile drugi syn miał części?
732 733 734 735— Dobrze. Co to się stało? Co ja widzę?
736 737— Zamiast pleść głupstwa, tobyś lepiej nic nie mówiła. Piszcie: dwie części. No, dwójkę napiszcie. A dalej cztery, prędzej, osiem, szesnaście i trzydzieści dwa. Teraz trzeba dodać, rozdzielić — i wypadnie, że pierwszy syn miał pięć lat, a najstarszy — sto sześćdziesiąt.
738— To można tak długo żyć, proszę pani?
739— Do głupich pytań, to ty jesteś jedyny, ale do nauki, to ani w ząb. Ja wzięłam tak tylko dla przykładu. Ile jest dwanaście razy dwanaście?
740 741 742— Bo ja to wziąłem tylko dla przykładu.
743— Będziesz sobie żarty ze mnie stroił, smarkaczu? Przepiszesz za karę na jutro cztery stronice z książki, No, a ty co powiesz?
744 745— Tak: ty. Ile jest dwanaście razy dwanaście?
746 747 748 749— Bardzo dobrze. Za karę zrobisz na jutro mnożenie: dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy dziewięćdziesiąt dziewięć przez 99, 999, 999.
750Nauczycielka wstaje. Dzieci popłakują.
751— Widzi pan, co to się trzeba namęczyć, nagadać? Aż w gardle zasycha.
752— A tak: babka, babki. Ale wie pani: babce, kogo widzę? babkę… że ta nauka: babką, o babce… to mi dzieci: babki babek… do grobu wpędzi: babkom, babkami, o babkach.
753— A panu się zdaje, że nauka, to co? Ja uczę tak, jak trzeba. Pan sądzi, że ja — to co?
754— Chyba rzeczownik, proszę pani.
755 756 757— Jeżeli mi się które z was waży wziąć książkę do ręki, to mu kości połamię.
758Bo ja to tak, jak prosty człowiek, ale rozum mam i zdrowe zmysły chyba także.
Miasto Metagłupin
759Jak sama ekscentryczna nazwa wskazuje, miasto Metagłupin znajduje się w Ameryce, miasto wielkie, ludne, wesołe i głupie.
760Miasto owo znajduje się nad rzeką, ale nie nad Wisłą.
761Rzeka owa płynie od gór wysokich do morza, a nie odwrotnie, a miasto jest wielkie, ludne i głupie.
762MiastoMetagłupin, jak każde miasto wielkie i ludne, posiada mieszkańców. Metagłupin posiada mieszkańców wielkich i małych, znanych i nieznanych, zarozumiałych — i takich nawet, którym się zdaje, że Metagłupin nie jest głupim miastem, że Metagłupin, przeciwnie, jest mądrym miastem, że Metagłupin w ogóle jest miastem, które miastem zwać wolno, wypada, należy.
763Bo, proszę was, miasto nie tylko tym się różni od pęcherza, że pęcherz jest nadęty, a miasto nie, że pęcherz pływa po morzu czy po rynsztoku i wszystko mu jedno, a miasto nie, że pęcherz wisi na sznurku, a miasto — nie, że pęcherz nie ma Filharmonii i można go napełnić grochem i kotu przywiązać do ogona, ale i tym jeszcze miasto różni się od pęcherza, że ma ono swoje obowiązki kulturalne, które winno wypełniać i wypełnia, że wytwarza opinię, ma ono swoje zdanie w sprawach ogólnych i lokalnych, zdanie, które ma wartość, z którym się liczą.
764Bo, proszę was, miasto, które tylko jest nadęte — no, to doprawdy — tylko Metagłupin.
765Żal mi was wszystkich, którzy owego miasta — pęcherza nie znacie.
766Jak ono stara się, jak zabiega, jak nos zadziera, na szczudła się drapie[51], jak czyni wszystko, by tylko w świecie wiedziano, że jest na świecie Metagłupin, który ma cyrk, operetkę i reporterów, że jest Metagłupin, który wie, co nauka, i wie, co sztuka, i wie, co cywilizacja, i wie, co sprawy społeczne.
767 768I Metagłupin sprowadza: wysortowanych tenorów, zleżałych kapelmistrzów, używane klisze do pism obrazkowych, wyszłe z mody hasła dobroczynne, wyblakłe towary łokciowe z wystaw magazynów paryskich, i płaci hojnie, po pańsku, jak na Metagłupin przystało, i cieszy się, i pieści, i klepie po brzuchu, i oblizuje, patrząc na plombę z dziurką i szepcze w upojeniu: „zagraniczne, prawdziwe zagraniczne”, i nawet na guzikach i pantoflach własnego wyrobu kładzie napis magiczny: „Paris” lub „Parie”[52]…
769Metagłupin chce, on szczerze chce, tylko biedactwo nie wie i nie umie, albo jeszcze gorzej nawet: źle wie i zdaje mu się, że umie.
770I proszę was, ot co się dzieje.
771Sława, PozoryMetagłupin wie, że każde miasto wielkie musi mieć wielkich ludzi. Cóż robi Metagłupin? A no, robi tak: zaczyna szukać. Szuka, szuka, szuka, szuka nasamprzód wśród hrabiów, potem o pół centymetra społecznego niżej, jeszcze o pół niżej, a wreszcie już ma. Chwyta go za frak i woła:
772 773Zdziwiony początkowo łup, albo zdumiony, albo nawet przerażony, w pierwszej chwili wyrywa się, szamocze, prosi, zaklina, kryje. Nic nie pomaga.
774— Jesteś wielki i basta. Musisz być wielki i koniec.
775I łup często niewinnie wcale staje się wielki, i już mu inaczej nie pozwolą. I on uwierzy i to tak mocno uwierzy, że potem się gniewa i nawet mocno gniewa, gdy mu ktoś powie, że to tylko na żarty, że tak trzeba dla dobra tłumu, że z nimi on może być szczery, że nie powinien zbyt serio traktować swojej wielkości, że to tylko przecież do czasu.
776W ten mniej więcej sposób Metagłupin stworzył sobie wielkich muzyków, finansistów, publicystów, mecenasów sztuki, i w ogóle, higienistów, filantropów, powieściopisarzy i tak bez końca.
777 778Potem, proszę was, stała się rzecz straszna i zgoła nieoczekiwana. Oto wszyscy wielcy zwąchali się między sobą, porozumieli, związali umową, orzekającą:
779— Fałsz, Pozycja społecznaMy, niżej podpisani, obowiązujemy się popierać wzajemnie sławą, wpływami, pieniędzmi i szwindlami, aby nie dopuścić nikogo, kto mógłby nam być niemiły, szkodzić nam, być prawdziwie utalentowanym, niezależnym lub uczonym. Nie tylko popierać go nie będziemy, ale starać się będziemy wszelkimi niekaranymi kryminalnie środkami, by szkodzić mu skrycie, lub jawnie, przemilczać lub szykanować, wypisywać z naszych towarzystw, stowarzyszeń lub instytucji, nie pozwalać zabierać głosu na zebraniach lub w prasie, nie dopuszczać do żadnej pracy dochodowej, tym bardziej synekur, gnębić moralnie i materialnie. Każdy nowy kandydat na wielkiego musi się zobowiązać pod grozą najstraszniejszych, najbardziej wyrafinowanych kar, niekaranych kryminalnie, że będzie szedł z nami ręka w rękę, że będzie się zginał przed nami w pas przynajmniej, a im niżej, tym lepiej. Kandydatem na wielkiego może być człowiek, umysłowo i moralnie gorzej niż my od Wszechmądrej Natury obdarzony.
780Powiadam: umowa ta była straszną klęską, ale dla kogo? Nie dla mieszkańców Metagłupina, bo oni czytywali i wierzyli prasie, pozostającej na usługach tymczasowych wielkich. I nie dla tymczasowych wielkich i ich kandydatów licznych, i nie dla prasy. Umowa ta była na razie straszną dla owych rzeczywistych wielkich, którzy nawet w Metagłupinie, nawet w okresie sprawowania urzędów przez tymczasowych wielkich, zaczęli się karygodnie ukazywać, rozumie się nielicznie, pojedynczo, na ochotnika.
781Zrazu wszystko szło dobrze. Prawdziwi albo umierali szybko z głodu, albo w szpitalach dla obłąkanych, albo sami niszczyli swe dzieła, albo uczyli się powoli zginać do pasa. Metagłupin pęczniał z zadowolenia, bo jemu wszystko jedno przecież było, czy ma prawdziwych, czy tylko na żarty wielkich, byle mieć prawo nazywać się miastem, z Filharmonią, zdezelowanymi, ale z zagranicy, tenorami, bez biblioteki publicznej, zgoła zbytecznej, z kawiarniami na wzór wiedeńskich i… wielkimi.
782Dziś Metagłupin przeżywa okres pierwszego dreszczu niepokoju. Jeszcze niby nic się nie zmieniło, jeszcze Metagłupin jest jeszcze Metagłupinem, jak dawniej. Jeszcze żartem, wypadkiem, koligacjami, lub gumowym grzbietem, wielcy — dzierżą w swoich dłoniach zakatarzoną, astmatyczną, rozwolnioną lub chrapiącą przez sen uliczną Opinię i duży połeć prasy metagłupińskiej. Jeszcze, powiadam, pozornie wszystko w porządku, ale czujne ucho rozpoznaje już zgrzyty, chwyta przykre pomruki, coś, panie tego… tam do licha… co to będzie?
783Szczególniej w sztuce… tam do licha… Jacyś malarze, których zdusić nie można… Jacyś publicyści, pisarze… Tam do licha… co to będzie?…
784Coraz trudniej… Trzeba się już chwytać albo kompromisów, albo… paszkwilu… Jedno i drugie dość przykre… Szczęście, że w nauce jakoś cicho, chociaż i tu nawet…! Dobrze, że w firmach… Nie: nawet i tu… Dobrze, że w muzyce… Tfu! I tu znów… Wszędzie… wszędzie!…
785Gore, goreee?… Ile tam Metagłupin ma oddziałów straży ogniowej?… Wszystkie — jazda!… Goreeeee!…
Ostatni wieczór
786Ja proszę was, ja owszem — ja przecież chciałem, gorąco chciałem; ale kiedy nie umiałem, nie mogłem, a przede wszystkim nie wiedziałem, jak…
787Bo pomyślcie tylko: kufry spakowane, jutro żona wyjeżdża, na całe lato, na długie dwa miesiące — więc przecież powinno się, należy, trzeba. Tak każe obowiązek, sama bodaj przyzwoitość. I rozumiałem to, rozumiałem dokładnie, ale nie mogłem, bo przede wszystkim nie wiedziałem, jak zacząć.
788Śmieszne, a prawdziwe i smutne.
789Gdybym zaczął, toby już poszło jakoś dalej — ale nie wiedziałem, jak zacząć.
790I ona, proszę was, także — i ona chciała — i ona rozumiała, że tak być powinno — i ona nie wiedziała, jak zacząć.
791A przecież zdawać by się mogło, że nie ma nic łatwiejszego pod słońcem, że to proste, tak jasne, tak niezłożone…
792 793Siedzieliśmy przy stole. Lampa wisiała na suficie, i w lampie paliła się nafta. Stół do połowy tylko nakryty był obrusem.
794 795 796Powiedziałem: „aniołku” — i nie wiedziałem, co dalej.
797A ona spojrzała na mnie i zapytała:
798 799 800— Może przejedziemy się tramwajem?
801 802 803 804Byłem zadowolony. Tak będzie lepiej. Pojedziemy w Aleje, usiądziemy na ławce — może tam jakoś prędzej… Czułem, że i ona chętnie się zgodziła, że i ona liczy, że tam może, pod tchnieniem ciepłego letniego wietrzyka, ukołysanym szelestem stuletnich drzew, że tam jakoś nam prędzej się uda.
805Pojechaliśmy w Aleje i usiedliśmy na ławce.
806 807 808— Rzeczywiście, śliczna pogoda — odparła.
809— Żebyście tylko mieli w lipcu pogodne dnie — ciągnąłem dalej.
810— Eee, chyba będzie pogoda w lipcu — odrzekła.
811— Zawsze sobie trochę odpoczniesz na wsi — łupiłem z nadmiernym wysiłkiem woli.
812— Co to za odpoczynek, jak się z dziećmi wyjeżdża — zaprzeczyła.
813 814 815— Słuchaj, duszko — szepnęła cicho.
816 817— Zostawiłam ci tylko sześć par skarpetek — ciągnęła żona — jak ci się te sześć par zbrudzi, to je oddasz do prania.
818 819 820— Nie, nie zapomnę. A czy ty dosyć bielizny zabrałaś?
821 822— Bo gdybyś czego potrzebowała, to się nie krępuj: napisz, to ci przyślę.
823— Ale po cóż mam ci robić ambaras?
824— Nie, duszko. Ja bardzo chętnie… To mi nie zrobi żadnej różnicy.
825Zdawało mi się, że początek dobry, że teraz już pójdzie gładko — i znów wszystko na nic.
826 827 828 829— Owszem: bo później tramwaju nie dostaniemy.
830 831 832Nie, w domu stanowczo lepiej — myślałem teraz — tak, w domu, rozumie się, że w domu; przecież nie jesteśmy parą kochanków lub młokosów, których księżyc rozmarza. To był zupełnie niedorzeczny pomysł — ta cała przejażdżka.
833 834— Czy chcesz jeszcze trochę posiedzieć? — zapytałem.
835— Owszem — odparła żona. — A może wolisz iść spać? Jutro wstać musisz wcześniej.
836— Nie, jeżeli chcesz, możemy jeszcze trochę posiedzieć.
837 838 839— Ale tyś jeszcze kuriera nie czytał.
840 841— Mam czas jutro przeczytać. Toć to ostatni nasz wieczór.
842— A będziesz tęsknił? — spytała.
843— Pewnie, że będzie mi przykro — odparłem.
844 845Ta przejażdżka może i nie była najgorsza.
846Właśnie po tej przejażdżce może lepiej będzie.
847— Jak często będziesz pisywała?
848 849— A tak, masz słuszność, duszko, co tydzień.
850 851 852— Tak właśnie najlepiej: regularnie co tydzień.
853 854 855Ja doprawdy, ja nawet mogę przysiąc, że nie chciałem ziewnąć. Nawet było przecież wcześnie, byłem wyspany. No i ziewnąłem.
856 857— Ale czy też pogoda wam dopisze? — zacząłem.
858— Ja myślę, że lato będzie pogodne — odrzekła.
859— No tak: byle tylko deszcze nie padały.
860— Zapewne: bo jak deszcze padają, to pobyt na wsi jest przykry.
861 862 863— Mam do ciebie prośbę — szepnęła.
864 865— Zapisuj ty, co kucharka wydaje. Bo widzisz, jak będziesz robił rachunki, to ona się zawsze będzie trochę krępowała.
866 867 868— Spać ci się chce? — zapytała żona.
869 870— Tak, i jutro trzeba wstać wcześnie…
871Rozmowa, WstydI proszę was, chciałem, i wiedziałem, że powinienem — ale nie wiedziałem, jak zacząć z własną żoną… taką dłuższą, serdeczniejszą przed wyjazdem… rozmowę. I mówiliśmy o pogodzie, skarpetkach, deszczu, listach i kucharce.
872Ja nie jestem, Boże uchowaj, jakimś romantykiem, idealistą, poetą, albo nagą duszą — a i mnie było jakoś przykro.
873Przed wyjazdem; dwa miesiące; nawet kuriera nie czytałem — i nic.
Wcale nie dowcipny
874Zdarzyło się to na pryncypalnej ulicy pewnego wielkiego i ludnego miasta. Miastem tym nie była dobroczynna Warszawa, w czym zresztą nie ma nic dowcipnego.
875Na pryncypalnej tedy ulicy owego miasta było wielu przechodniów. Kim byli owi przechodnie; ile z nich każdy miał rocznego dochodu; ile każdy miał dzieci, grzechów, listów zastawnych, par spodni, przyjaciół, lub krawatów; kto z nich był członkiem kasy pogrzebowej; czy grał w karty, czy w bilard; czy kupował resztki na wyprzedażach, czy też na łokcie „ze sztuki”[53]; jakie wreszcie były ich poglądy na repertuar zmysłowy teatrów, nietakt Ameryki, odrzucającej wspaniały dar Niemiec, wreszcie — na udział stajni polskich na międzynarodowych wyścigach konnych — o tym wspominać również nie będę, gdyż i w tym nie ma nic dowcipnego.
876Młodość, StarośćPrzez ową pryncypalną ulicę szedł obdarty chłopiec, liczący jakoby lat dziesięć do dwunastu. Powiadam: „jakoby”, albowiem pozory często nas mylą. Już nieboszczyk Szczepanowski zauważył, że nigdzie nie spotykał tylu siwych młodzieniaszków i pięćdziesięcioletnich dzieciuchów — co u nas; z drugiej zaś strony — spotkać się dają bardzo młodzi staruszkowie, mało jednakże zasługujący na szacunek, a przy tym nie siwi, jak gołębie, bo nie mają włosów.
877Szedł tedy ów chłopiec przez ulicę.
878Gdyby tylko szedł, nie byłoby w tym nic dowcipnego; ale on się nagle zachwiał i upadł na bruk, kosztujący magistrat owego miasta po czterdzieści ośm[54] rubli za sążeń kwadratowy.
879Upadł i leży. Leży na bruku, wartującym[55] czterdzieści ośm rubli za sążeń kwadratowy — i ani się ruszy. A na domiar nieszczęścia, padając, uderza głową o ścianę domu, na którym samo towarzystwo kredytowe miejskie ma 25 000 rubli, a za nim jest jeszcze siedm[56] numerów hipotecznych, z których czwarty i piąty, co prawda, fikcyjne. Sklepy zaś w owym domu płacą po dwa i trzy tysiące rocznego czynszu.
880Jakkolwiek nie ma w tym nic dowcipnego, jednakże każdy łacno[57] zrozumie, że ów jedenastoletni rzekomo chłopiec musiał się mocno uderzyć w głowę. I w samej rzeczy z rozbitej głowy chłopca poczęła się sączyć krew; taka sama czerwona sobie krew, jaka by się sączyła z głowy każdego maminsynka, Kaziunia, Władeczka, lub Janusia, albo posażnej jedynaczki — gdyby ci wypadkiem, padając na cenny bruk pryncypalnej ulicy, uderzyli głową o ścianę kamienicy, mającej siedm numerów hipotecznych, z których dwa fikcyjne, a prócz tego dług towarzystwa kredytowego miejskiego. W tym nie ma nic dziwnego.
881Przechodnie owego miasta — którym nie była Warszawa — otoczyli zwartym kołem leżącego chłopca. A że każdy przeciętny przechodzeń posiada między innymi mózg i język, więc owo licznie zebrane grono ludzi mogło myśleć i mówić, i w rzeczy samej myśleć zaczęło i mówić.
882Słowo, Współczucie, Pomoc, MiłosierdzieJeden pan, jakkolwiek miał zawieszoną na guziku paczkę z ciastkami[58], jednakże westchnął i rzekł:
883 884Ten pan musiał mieć nie tylko ciastka, mózg i język, ale i serce. Bo nie każdy umiałby się tak od razu odezwać, a w dodatku jeszcze — westchnąć. W podobnych razach człowiek traci zdolność logicznego rozumowania, i tylko serce zupełnie odruchowo mogło podyktować organom mowy jego podobnie wzniosłe, pełne miłości i poświęcenia — wyrazy.
885— Biedny chłopiec — rzekł ów pan z sercem w piersi i paczką ciastek na guziku; a wyrazy te nie ja jeden słyszałem, ale i czterdzieści innych osób, stojących bliżej owego pana; a był tak skromny, że powiedział to bezimiennie, więc nie dla reklamy; a nawet po chwili niepostrzeżenie wysunął się z tłumu i znikł wśród przechodniów pryncypalnej ulicy.
886Teraz już i inni odzyskali świadomość rzeczy i z kilku stron naraz — nadbiegły na pomoc biednemu dziecku — westchnienia i wyrazy współczucia.
887 888— Może zemdlał z głodu; biedactwo?
889Każda nowa idea, każda nowa prawda, lub śmiała hipoteza, zanim uznana będzie przez ogół, zanim uświęci ją walka, opromieni zwycięstwo — musi przejść ogień krzyżowy zarzutów, niewiary, drwin i potępień tłumu, co również nie jest ani trochę dowcipne.
890Kradzież, Mądrość— A może on udaje tylko? — rzekł śmiało jegomość, trzymający jedną rękę w kieszeni z portmonetką, i dwa palce drugiej ręki — w kieszonce z zegarkiem: bo wśród zebranych ludzi serca i miłości, mógł się niewątpliwie znaleźć nikczemnik, gotowy skorzystać ze wzruszenia szlachetnych dobroczyńców. A dojrzałe umysły i gorejące prawdziwym ogniem serca cechuje właśnie rozwaga w chwilach ogólnego podniecenia — rozwaga i spokój w chwilach stanowczych, gdzie jeden moment nieopatrzności może nas raz na zawsze pozbawić nie tylko zegarka, ale i złotego łańcuszka, nie mówiąc już o kluczyku.
891 892Zapewne! Ileż to razy zimne wyrachowanie wydziera z naszych piersi westchnienie współczucia. Ileż to razy nikczemny podstęp zamraża na wargach naszych ciepłe tchnienie owych szczytnych wyrazów, które wybiegły jasnym promieniem z ust pana z paczką ciastek na guziku:
893 894Czyż owa ofiara miała stać się łupem przewrotnego chłopca? O siło złego, o błyskawico zepsucia, o trzęsawisko rozkładającej się bagnistej zgnilizny!
895Wśród złowrogiej ciszy rozległ się głos:
896— Gdzieby tam udawał? Przecież zakrwawiony.
897O, dzięki, dzięki ci, żeś wyrwał mnie z zakrętnych przepaści niepewności i zwątpienia.
898— Ba, ba — rzekł pan rozważny, trzymając złoty łańcuszek zegarka, i opuścił tłum ze wzgardliwym uśmiechem.
899On powiedział: „ba, ba”. Co to może znaczyć?
900W tej chwili uderzył mnie ktoś w plecy, potem poczułem szpiczasty ból w boku, a kiedym ochłonął z wściekłości, które wywołało brutalne zaatakowanie moich nagniotków — ujrzałem pochylonego nad chłopcem obdartusa.
901— Masz, napij się krzynę — mówił do zemdlałego.
902Literat, Nieszczęście, Sztuka, Theatrum mundiCzłowiek niepiszący nigdy nie zdoła zrozumieć człowieka piszącego. Tam, gdzie przeciętny właściciel handlu win, akuszer, fabrykant rowerów lub stalówek[59] krajowych — rozpłacze się rzewnie — tam poeta napisze sielankę i pośle na konkurs. Gdzie były obywatel ziemski, poszukujący zajęcia, w obronie czci dziewczęcia, brutalnie zaczepionego na ulicy — zrobi awanturę i skazany zostanie na dwa dni aresztu za zakłócenie spokoju — tam moralista napisze artykuł o zepsuciu, zrobi sobie reklamę, i zarobi na dwa koniaki, przekąskę, librę papieru i nowe zelówki.
903Nic więc dziwnego, że ja, patrząc na chłopca, leżącego na wyżej wzmiankowanym chodniku, i na pochylonego nad nim obdartusa — nie wyrzekłem drżącymi wargami: „biedne dziecko” — tylko obmyślałem pięcioaktowy melodramat do teatru ludowego, pod nagłówkiem: „Odzyskany, czyli trup przy trupie”. Miałem już ostatnią scenę ostatniego aktu.
904Ten chłopiec — to wykradziony syn. Skradzione dziecko; ojciec zrozpaczony, rujnuje majątek na bezowocne poszukiwania; potem się rozpija; potem oto widzi to dziecię tu na ulicy, poznaje je po znaczku na szyi i woła:
905 906 907 908 909 910 911 912 913 914Chłopiec kona. Ojciec zrywa się, uderza z całej mocy głową o ową kamienicę z siedmioma numerami hipoteki. Trąbka „Pogotowia” za sceną. Zasłona spada.
915Budzę się z zadumy. Nowa fala uczuć.
916O wy, szydercy, wy, którzy kruczym głosem głosicie, że człowiek jest tylko samcem, lub samicą, a zawsze egoistą, gdybyście słyszeli, jaki szmer oburzenia poruszył ten tłum na widok obdartusa, chcącego wlać zemdlonemu wódkę w usta — o wy, którzy rumieniec zgasiliście w rozpuście, odzyskalibyście go znowu w tej chwili.
917— Precz, pijaku, nie rozpajaj dziecka! — stało się hasłem groźnego tłumu.
918— Nie, to nie — odparł ów człowiek i usunął się, ratując swe życie.
919Nie będę powtarzał wszystkiego, co mówiono w tłumie, zamilczę, ile słów, uskrzydlonych miłością, upierzonych współczuciem, ubielonych troską o los obcego, bezimiennego, brudnego łobuziaka — poszybowało w tę stronę przestworza, które, jak twierdzi podanie, wybrukowane jest granitem dobrych chęci. A w tłumie, prócz zsiadłego mleka inteligencji, prócz ludzi z maturami i dyplomami, prócz ludzi, którzy z natury mają serca bardziej elastyczne, sprężyste i miękkie, prócz kobiet, których mózgi skłonniejsze są do wyciskania łez z oczu — znajdowali się przecież i subiekci magazynów optycznych, młodzi pomocnicy buchalterów, ajenci od ogłoszeń, pośrednicy do placów pod wille na łokcie i jeden kolektor loterii żydowskiej. I wszyscy ci ludzie, mniej lub bardziej poetycznie, mniej lub bardziej głośno, lepszą lub gorszą polszczyzną — współczuli z ofiarą tajemniczego wypadku…
920Co się stało z chłopcem, nie powiem, gdyż nie ma w tym nic dowcipnego. Szło mi tylko o zaznaczenie, że istnieją serca, że istnieją uczucia.
921Choć mogę nawet powiedzieć: „Pogotowie” odwiozło go do szpitala, gdzie wprawdzie nie było miejsca, ale go mimo to przyjęto. Podobno przez omyłkę zjadł z głodu łepki od zapałek.
Ptasznik
922 923Najrzadsze ptaki obok pospolitych leśnych śpiewaków.
924Aż ogłuszał cię śpiew, szczebiot i świergot.
925Aż oślepiało cię bogactwo barw skrzydlatej rzeszy pieśniarzy.
926Chór niemilknący, ruchliwy, wesoły, żywy.
927Jak gdyby nie w klatkach, przestronnych wprawdzie, umajonych zielenią i pełnych słońca, ale z prętami żelaza i drutu, jak gdyby pod niebem na polach, na runi, w zagajach i lasach bogatych i przepysznych, tak było im wesoło i raźno, owej rzeszy skrzydlatej, studźwięcznej, stubarwnej, tak swobodnie.
928Bogacz bo też był ów ptasznik…
929Krzywymi dziobami, drapiąc się po prętach klatki lub grzędach drzewa, wrzeszczą przeraźliwie papugi: szkarłatna, niebieskoskrzydła Makao; biała z żółtym czubem-pióropuszem Kakadu; zielona Lorys, o szkarłatnych skrzydłach, obrzeżonych błękitem i blado-żółtym ogonem; siwa Joko — woltyżerka i Ary z długim, klinowatym sterem.
930Kolibry Safo — błyskawice, drobne, wątłe, migotliwe, jaskrawe, jak iskry żywe.
931Pawie z wachlarzami stuokimi[60], dumne, lśniące mieniące się przepychem magnatów.
932Łabędzie czarne i białe płyną po małej sadzawce obszernej klatki, przeginają długie, wdzięczne, grające rosą brylantową w promieniach słońca szyje, majestatyczne, spokojne, płyną powoli i piersią szeroką wodę czystą prują.
933Orzeł — tułacz samotny, zrywa się, żagle rozwija do lotu; raz uderzył powietrze, już głową sięga pułapu. Jastrząb — bandyta śledzi lot ptaków okiem chciwym. Sokół patrzy na zawieję ptactwa wzrokiem ponurym z głębokich oczodołów. Rdzawo-żółty puchacz o złocisto-żółtych oczach zamrużonych, i sęp, i szpak czarny z fioletowym połyskiem głowy i zielonym odcieniem pleców i piersi, i sowa z wielką głową, z rogami piór na głowie i głosem ochrypłym, złowróżbnym, i mewa — żarłok, rybak i korsarz, i wrony i kruki — grabarze.
934I wszystko to w oszklonym budynku ptasznika — bogacza.
935I nasza kapela leśna, i daleka, i stała, przelotna, i nasi bracia powietrzni, słoneczni, i nasi znajomi z łąk, sadów i miast dusznych, i nasi pożądani i mili.
936Kanarek żółty, szary słowik — marzyciel, trubadur, i lotna jaskółka, i skowronek nabożny, i nerwowa pliszka, i głupkowaty żółtopłowy trznadel, i dudek — śmierdziuszek, i kukułka — podrzutek, i gil, i szczygieł — galanci, i wesoły, ruchliwy i zwinny czyżyk, i śmieciuszek — strojniś z czubkiem ciekawym na głowie, i zięba, i gap — niezdara, i z pękiem piór szkarłatnych na karku, i kraska — niechluj, i kłótliwa wilga, i maleństwo — strzyżyk i mysikrólik, i wiercipięta — sikora żarłok, i nawet szary wróbel, i drozd, i jarząbek — ofiara, i kochliwy gołąb.
937Nie miałeś głosu, i nie miałeś barwy, i nie miałeś linii powietrznej, której byś nie widział, nie słyszał tam, w tym tłumie…
938 939 940Szczęśliwy, bo nie wiedział, że mu jeńcy — śpiewaki, jeńcy — skrzydlacze mrzeć poczną.
941I zamarł pierwszy, nie pomnę — który. Zamilkł jeden głos chóru, zwisły skrzydełka, opuściła się główka pierzasta, wyprostowały na piasku sztywne nóżki małego więźnia klatki ptasznika.
942I potem drugi, i trzeci, i czwarty.
943Ptak, Niewola, ŚmierćTo słowik tęskny, to skowronek, czciciel przestworza. Nie im patrzeć na słońce przez dach szklany ptaszarni, nie im wdychać powietrze, zatrute rdzą żelaza, nie im śpiewać i dzwonić w hałasie i wrzasku. Cicho jakby usnęły, jakby bez skargi, jakby bez westchnienia.
944Zasmucił się ptasznik, ale przelotnie, na chwilę.
945Jeszcze miał tyle pieśni, że więcej nie pragnął.
946 947To orzeł zwalił się ciężko i zastygł. Ale on walczył zapewne z niemocą, bo na piasku widać było ślady jego pazurów i szerokie koła rozwartych skrzydeł.
948I teraz już dnia nie było, by nowy świeży trup nie smucił ptasznika.
949A on brał go ostrożnie i szybko, by siebie oszukać i pozostałe przy życiu ptactwo oszukać — i niósł daleko, by nie patrzeć i prędko zapomnieć — i rzucał.
950Teraz dłużej bawił w swej ukochanej ptaszarni, jakby pragnął nacieszyć się życiem pozostały przy życiu, zatrwożony i smutny.
951I jeszcze staranniej stokroć opiekował się swymi miłymi gośćmi, by zastąpić im to, bez czego żyć nie chcieli, czy nie umieli.
952Puściej, coraz puściej było. Sokół padł, puchacz zginął, drobne ptactwo marło.
953TrupPtasznik jeszcze pieścił się zmarłym, jeszcze pragnął go wskrzesić, ogrzać go ciepłem własnego ciała i tchnąć dech własny. Daremnie.
954Niósł trupa do dołu wspólnego, idąc powoli, mierzonymi krokami, wspominał pamięć jego, źle, smutno mu było.
955Łabędź poszedł w ślad za tamtymi.
956Ptasznik rozgarnął puch śnieżny, rozpłatał, wnętrzności wyrzucił, waty i trocin nasypał, oczy zastąpił paciorkami i postawił w klatce, martwego z lakierowanymi nogami, bo sądził, że siebie i innych oszuka.
957Teraz już wiedział, że tak być musi. Ani się dziwił, ani próbował walczyć, ani się nawet smucił — i dzień w dzień żywego zastępował bezdusznym trupem.
958Przyzwyczaił się nawet i nie bolał. Martwe ptaki nie żyły wprawdzie, ale też nie wymagały opieki i starania.
959I marły kanarki, gołębie, szczygły, bociany, sępy małe i duże, ponure i szczebiotliwe, dumne i trzpioty, szczere i zamknięte w sobie, marły, a on je wypychał i ustawiał szeregiem i pokazywał znajomym, ale tylko przez szybę, aby nie poznali, że martwe. Bo mu przykro było, bo nie chciał, aby o tym wiedziano, że on, bogacz niegdyś, tak bardzo zubożał.
960Cicho, smutno, głucho było teraz tam, gdzie panowało wesele.
961Pozostałe przy życiu ptaki zdawały się przeczuwać skon bliski, patrzały trwożnie na zmarłych towarzyszów[61] i czekały, rychłoli[62] i im koniec przyjdzie.
962Śmierć, Przemijanie, Przemiana, DuszaI stało się oto, że przedostatnia ptaszyna oczy zamknęła i cicho, jakby ulegając wyrokowi, z którym nie można walczyć, bo i po co? legła w kąciku klatki pustej i martwej, z dala od ptaków wypchanych, które rozsiadły się tam, gdzie dawniej były żywe.
963I została tylko jedna jedyna — żywa, jedna z tej zawiei słonecznej, i ta już potem żyła, żyła, żyła — pośród trupów.
964Człecze ptaszniku, zamierać będzie i musi liczne ptactwo twej duszy, pomnij jednak, nie wypychaj trupów, sypiąc w nie trociny, kładąc paciorki miast oczów[63] — i zachowaj jednego, ostatniego skrzydlatego duszy mieszkańca, ale niechże nim nie będzie — gawron.
Precz z czystością!
965Od dłuższego czasu rady sobie dać nie mogłem, tylu doradców opanowało dom mój, mnie, i moich najbliższych.
966— Człowieku, ulituj się, jak można tak zaniedbywać się w ubraniu? — wołano.
967— Jak pani może pozwolić mężowi tak nie dbać o strój? — suszono głowę mojej żonie.
968— Jak cię widzą, tak cię piszą — dodawano sentencjonalnie.
969A kiedy wieczorem, znudzony, przerzucałem w łóżku gazety, spotykałem artykuły, domagające się czystości pedantycznej, drobiazgowej; artykuły, grożące najstraszniejszymi skutkami człowiekowi, który nie baczy na najbardziej wyrafinowaną czystość, który nie podda się bez zastrzeżeń wszelkim jej wymogom.
970— Ha, trudno — pomyślałem — spróbuję, może mi się uda.
971A to tym bardziej, że stwierdzono powszechnie, że bardzo łatwo wytwarza się w człowieku nałóg[64] czystości, która przechodzi nieznacznie w elegancję, wykwint i inne subtelności cywilizowanego świata.
972Poszedłem tedy do szewca, krawca, kapelusznika, rękawicznika, fryzjera — mierzono mnie na wszystkie strony, kręcono, obracano, szarpano, pchano, kazano mi siadać na krzesłach i stołach, chodzić, przysiadać, podnosić i opuszczać głowę, podskakiwać, przykucać: dręczono mnie w najniemożliwszy sposób. Prócz tego zabierano mi tyle czasu, że mocno zaniedbałem się w swych czynnościach, co było tym fatalniejsze, iż wydatki moje w nieszczęsnym owym miesiącu się potroiły.
973Strój, Przemiana, GrzecznośćWreszcie byłem odziany tak, że porównywając siebie z wielu kręcącymi się po pryncypalnych ulicach durniami[65], nie dostrzegłem między nimi a sobą żadnej różnicy; nawet dla dopełnienia stroju kładłem tuberozę lub inny kwiatek w klapę tużurka[66].
974Tryumf był oczywisty: wielka liczba ludzi, którzy dotychczas czekali na mój ukłon, zaczęła mi się kłaniać pierwsza. Niektórzy, nieznani mi z nazwiska, poczęli przystawać, ściskać serdecznie moją dłoń i pytać o adresy wykonawców poszczególnych części mojej garderoby. I ja się zmieniłem: chód mój stał się powolniejszy, ruchy poważniejsze, cała postać majestatyczniejsza. Zacząłem patrzeć z pewnym, skrzętnie ukrywanym lekceważeniem na ludzi niedbale odzianych. Rozwinęła się we mnie spostrzegawczość w tym kierunku i pewne zaciekawienie. Język mój wzbogacił się całym mnóstwem zupełnie nieznanych mi wyrazów; bo trzeba wam wiedzieć, że dotychczas znałem tylko wyrażenia: spodnie, kamizelka, surdut i palto — dla zwierzchniej odzieży, nie mając pojęcia, że istnieje cała skarbnica nazw, stosownych do różnych krojów tych części garderoby.
975BrudDo stroju mego zastosowałem, rzecz naturalna, wygląd zewnętrzny mego mieszkania, żony i dzieci. Wszędzie panowała teraz czystość i wytworność. Zabroniłem dzieciom moim bawić się z dziećmi stolarza z naszego podwórka, bo ileż to zarazków mogą wnieść w organizm mych latorośli te brudne dzieciaki? Zabroniłem starszemu chłopcu dawać lekcje synowi stróża, bo choć to malec zdolny i pilny, ale niszczył mi, lub mógł zniszczyć nowe pokrowce mebli, lub zabłocić pokoje. Sam nie odpowiadałem teraz na przyjazne ukłony stróża, posłańca i tych wszystkich, którym bez obawy wyzwania lub innych towarzyskich powikłań można się nie odkłaniać; czyniłem to z łatwo zrozumiałych powodów: kapelusz niszczy się od zbyt częstego zdejmowania, a kołnierzyk i krawat gniotą się od pochylania głowy.
976Przez pierwsze parę dni czułem się jakoś nieswojo, ale dzięki mym nowym znajomym, zastosowanym do nowego stroju, przywykłem do wielu nowych rzeczy: kelnerów przestałem tytułować panami, a nazywałem ich krócej: „ty”, żebrakom na ulicy nie dawałem jałmużny, gdyż od wyjmowania portmonetki drą się kieszenie. Stosunki moje z żoną i dziećmi ochłodły nieco: dziecka za skarby świata nie posadziłbym na kolanach, gdyż niszczy to spodnie, a przy tym dziecko może mieć zawalane rączki; sam starałem się nie zbliżać zbytnio do żony, aby nie zgnieść jej peniuaru, a sobie — krawata.
977Wpadałem w wściekłość, o ile coś groziło czystości lub całości mojej garderoby, co, mimo wszelkie przedsiębrane ostrożności, zdarzało się często. Raz stróż pokropił mi nowy sak piaskowego koloru z jedwabnymi wyłogami. Nawymyślałem mu od durniów, błaznów, idiotów, a gdy ten, chcąc mnie przeprosić, dotknął ustami rękawa, i pozostawił na nim kroplę wilgotnej tabaki, kazałem spisać protokół i wsadziłem go na dwa dni do kozy. Innym razem jakiś niewidomy starzec nastąpił mi na gemzowy trzewik, posłałem go do wszystkich diabłów.
978Stałem się niezmiernie drażliwy: byle drobiazg wytrącał mnie z równowagi. Przyszła raz do mnie kobieta w żałobie z prośbą o poparcie. O co jej szło, nie wiedziałem, choć długo mówiła i gorzko płakała. A wiecie, czemu nie słuchałem, co mówiła i o co prosiła? Bo na dywanie zauważyłem ślad błotnisty jej stopy: przyszła w deszcz bez kaloszy. Krew się we mnie burzyła. W innych warunkach byłbym zainteresował się jej smutkiem, gdyż łzy niewieście ogromnie na mnie działają; tym razem jednak nie miałem dla niej ani źdźbła współczucia, więc gdy skończyła, rzekłem:
979— Dobrze, zanotuję sobie pani adres i zawiadomię ją o rezultacie.
980A gdy mnie jeszcze prosić poczęła i dziękować, dodałem:
981— Nie obiecuję na pewno, ale zrobię wszystko, co jest w mojej mocy.
982Postąpiłem jak prawdziwie miłujący czystość człowiek; dumny byłem z siebie. Fałsz, EgoizmPostąpiłem tak właściwie, jak pewien herbowy prezes pewnej instytucji, gdym go przed laty prosił o pomoc dla jakiejś nieszczęśliwej rodziny: wysłuchał, obiecał uczynić wszystko, zanotował adres, podał mi rękę, a nazajutrz, gdym przyszedł po odpowiedź, nie poznał mnie, adres zgubił i nie pamiętał wcale, o co go prosiłem dnia poprzedniego…
983Innym zaś razem dzieci, rzucając piłkę, stłukły jakiś kosztowny figiel, co przyprawiło mnie o dwutygodniową obłożną chorobę.
984Pieniądz, BogactwoRozrywek miałem teraz znacznie mniej; w ciągu roku byłem tylko dwa razy w teatrze, gdyż wyrzekłem się raz na zawsze miejsc tańszych, gdzie obok mnie mógłby siedzieć jakiś niedbale ubrany człowiek. Tramwajami jeździłem rzadko z tego samego powodu.
985Wydatki moje, mimo wszystko, wzrosły poważnie, ale radziłem sobie w ten sposób, że krawcy, szewcy i inni ludzie cierpliwi — czekali miesiącami całymi na zapłacenie rachunku…
986Zdawałoby się, że przez okres całego roku życia tak higienicznego, zastosowanego do wszelkich wymagań tyle zachwalanej czystości — powinienem był utyć o jakie dwadzieścia funtów, mieć całą energię do pracy, być idealnie szczęśliwym. Stało się jednak — wbrew wszelkim oczekiwaniom — zupełnie inaczej: zmizerniałem, schudłem, praca stała mi się ciężarem, i nie na żarty począłem myśleć o samobójstwie, tym bardziej, że życie rodzinne stało się dla mnie niemiłym, że przybyło mi moc trosk najrozmaitszych.
987Udałem się do lekarzy, którzy zapisywali mi bardzo wiele recept i przepisywali szereg sposobów odzyskania zdrowia. Nic jednak nie pomogło.
988Teraz myśl o samobójstwie nie odstępowała mnie ani na chwilę. Począłem więc szukać rewolweru, który odziedziczyłem po dziadku. Biedna żona, blada, smutna, ogłupiałe dzieciny — nie wiedziały, jakie im grozi sieroctwo, gdy ja z rozognionym okiem biegłem na strych, by tam wśród rupieci odnaleźć mordercze narzędzie. Przerzuciłem na próżno trzy kosze i dwie paki, gdy nagle wzrok mój padł wypadkiem na stary wypłowiały krawat, parę wytartych spodni i stare kamasze z wykrzywionymi obcasami, rozciągniętą gumą i zwieszonymi uszami.
989Patrzałem dłużej. W pierwszej chwili poczułem wściekłość, że mogłem kiedyś w podobne rupiecie przybierać swe ciało. Później ogarnęło mną zaciekawienie: „jak też ja bym w tym wyglądał?” I oto nagle rzewność jakaś opanowała mą duszę: toć to owi starzy przyjaciele, starzy, bezpowrotnie utraceni, więc mili… Zawinąłem je w gazetę, przyniosłem ukradkiem do swego pokoju wraz z rewolwerem, który znalazłem nareszcie…
990Straszną przeżyłem noc. Myśli kłębiły mi się pod czaszką, jak grzechotniki. Cała przeszłość stanęła mi przed oczami, gdym blady stał przed lustrem z lufą przy skroni. Począłem analizować każdy swój czyn, myśl każdą. A kiedy słońce pierwszy swój promień cisnęło do komnaty, ubrałem się w starą swoją garderobę i wyszedłem na miasto.
991Od tej chwili minęły dwa tygodnie. Czytelnicy, chcecie, wierzcie lub nie wierzcie, jestem znów zdrów i szczęśliwy, żona moja odzyskała rumieńce, dzieci dawną żywość, ja ochotę do pracy. Znów kłaniam się stróżowi, dzieci bawią się z pędrakami stolarza, ludzie (?) rzadziej zaszczycają mnie ukłonami. Chodzę do teatru na galerię i tak mi dobrze, jak dawno nie bywało! Więc wołam głośnym okrzykiem, pełną piersią wyrzucanym:
992Franek
993Wiecie, kto jest Gasiński[67]?
994 995— I Kawecka[68]?
996 997— I Margot Kaftalówna[69]?
998 999— Wszystkie wybitne postaci Warszawy, kraju i zagranicy znacie?
1000 1001 1002 1003— No Franka, co nie ma nazwiska.
1004 1005 1006Poród, Pozycja społeczna, Kobieta "upadła"Franek nie ma wprawdzie nazwiska; już przed urodzeniem się jego wiadomo było ludziom, że nazwiska mieć nie będzie, a on się mimo to urodził.
1007Uważacie? taki bęben, długości pięćdziesięciu centymetrów zaledwie, a już szelma przekorny, a już, drwiąc jakby z uświęconych zwyczajów, śmiał się urodzić nie tylko bez nazwiska, ale nawet jakoby bez ojca, i wielu jeszcze innych formalności.
1008— Czy aby pokornie, cicho, niepostrzeżenie Franek wślizgnął się między królów stworzenia?
1009Diabła tam: krzyczał, darł się i kopał, jakby nie jednego, ale trzech, i to wybitnych ojców posiadał.
1010 1011 1012 1013 1014— Urodzić się — nie znaczy jeszcze — żyć. Franek mógł się zrehabilitować jeszcze. Mógł w dwa, trzy albo jedenaście miesięcy po urodzeniu się — umrzeć. Tak czyni wiele dzieci, nie tylko bez nazwiska, ale i z nazwiskiem. Rozejrzy się obywatel po izbie: duszno, ciemno, brudno, głodno, zbiera manatki i powiększa grono aniołków, choć o tym żadne z pism nie głosi.
1015Inna rzecz Franek: on postanowił na złość światu — żyć. Uważacie?
1016Matka oddała go na garnuszek[70], on nic; matka dwa miesiące zalegała w opłacie — on nic. Trzech jego rówieśników opuściło ten padoł[71] nazwisk — on nic. Opiekunka i wychowawczyni cisnęła go przez omyłkę na ziemię — on nic. Widział, że nie można inaczej, więc dostał angielskiej choroby (mądra nazwa: rachitis)[72] — ale mimo to żył, uparł się, zacisnął dziąsła (zębów nie miał jeszcze) — i żył.
1017 1018Towarzystwo opieki nad zwierzętami ma baczenie na psa bez właściciela, ale nie na dzieci — bez nazwiska. Mógł się więc Franek wałęsać, nie zwracając niczyjej uwagi. Tak, ze strony prawnej — mógł, ale nie mógł ze strony faktycznej: nie umiał chodzić jeszcze. Ja na przykład mogę mieć dom, ale za co go kupię?
1019 1020Sługa, PracaFranek miał cztery lata, kiedy poszedł do służby. Proszę nie brać tego dosłownie: czteroletnie dziecko, choćby nawet zupełnie bez nazwiska, nie będzie lokajem u doktora, ani froterem u adwokata, ani parobkiem w składzie lamp, handlu win, lub bodaj traktierni. Ale Franek kołysał bliźnięta mularki[73] i wypijał im mleko. Mularka domyślała się, że Franek wypija mleko, więc biła go pustym kubkiem po głowie, ale byłaby go biła, choćby on nawet nie wypijał, więc po co miał być plus[74] uczciwy, que le bankier lub jego ojciec.
1021Pijaństwo, Idealista, BiedaMając lat siedem, Franek zjadł tuzin serdelków. Historia była taka: zaprosił bednarz gości, upił się i niosąc serdelki dla gości, przewrócił się i uronił paczkę. Bywa, że się upije nie tylko bednarz, ale i aptekarz, i student wydziału lekarskiego, i sekretarz pisma konserwatywnego, ale mniejsza z tym. Dość, że Franek zjadł od razu cały tuzin serdelków i wielka moc w niego wstąpiła.
1022Usiadł na najwyższym szczeblu drabiny (ale nie hierarchii społecznej, jeno — gołębnika) i pomyślał:
1023— Najszlachetniejszymi ludźmi na świecie są bądź co bądź — pijacy.
1024A że iskra ideału tli się nawet w duszach bez nazwiska, więc Franek postanowił być szlachetnym, czyli — zostać pijakiem i gubić serdelki.
1025Czy wiecie, kto w dniu piątym października roku 1897 — wrzucił mysz do skrzynki pocztowej przy ulicy Chłodnej? A kiedy urzędnicy pocztowi wysypali listy, mysz z piskiem uciekła, i wszyscy się przestraszyli, a potem jedni się śmieli, a drudzy złorzeczyli? Wiecie, kto to uczynił?
1026 1027 1028— A wiecie, kto zbił szybę latarni w alejach Jerozolimskich?
1029 1030 1031— A wiecie, kto napisał wiersz pod nagłówkiem: Evviva l'arte?
1032 1033— Bardzo dobrze. A wiecie, jaką operę napisał Melcer[75]?
1034 1035— Doskonale. A wiecie, kto jest dyrektorem Filharmonii?
1036 1037 1038 1039— Ślicznie. Wszystko to wiedzieć należy.
1040Franek nie wiedział zapewne, że wrzucając mysz do skrzynki pocztowej, i do tego jeszcze mysz bez marki[76], naraża sobie zarząd poczt i telegrafów.
1041Franek, tłukąc latarnię, zadarł tym samym z magistratem miasta Warszawy.
1042A może i wiedział — tylko tak był przekorny, tak był zuchwały ten dziesięcioletni urwis, że nic sobie z niczego nie robił.
1043Pozwolono mu się urodzić, pozwolono mu kraść kurom kartofle, pozwolono mu chodzić na krzywych nogach, pozwolono, by mu się nogi wyprostowały (może od owego tuzina serdelków), a on ani wdzięczności nie czuł, ani pokory, ani szacunku dla nikogo.
1044Czy uwierzycie, ten czternastoletni dzisiaj chłopiec był niedawno opisany we wszystkich kurierach?
1045 1046 1047 1048 1049 1050— Skąd znowu? On okradał pryncypała[77], i pryncypał go złapał na gorącym uczynku.
1051 1052— A tak: zło zawsze się wykryje, niecny postępek zawsze wyjdzie na jaw, i ręka sprawiedliwości zawsze dosięgnie przestępcę.
1053— Taki chłopiec — no, no! Co to z tego wyrośnie?
1054— A widzicie? Wiecie teraz, kto jest Franek?
1055 1056— Wiecie, kto to jest największym malarzem polskim?
1057— Wiemy: Matejko[78]! A nieprawda, bo Malczewski[79]. — Kłamstwo: bo Popowski[80]! — Precz z nim: niech żyje Kossak[81]! — Vivat Fałat[82]!
1058— Ależ panowie — ciszej! — A gdzie jest Morskie Oko?
1059 1060— Ślicznie! Wszystko wiedzieć należy… I kto jest Franek, i kto jest Cavalieri[83].
1061Savoir vivre
1062Dziwne też mają ludziska pojęcia o humorystach. Zdaje im się, że humorysta jest najszczęśliwszym pod słońcem człowiekiem, że obronny w nieprzystępną twierdzę dowcipów i „kawałów”, umie wykpić się z każdej, najcięższej nawet sytuacji, że zyskuje sobie kosztem żartów serca ludzkie — ba — że komorne nawet płaci dowcipami, a garderobę i produkty spożywcze zdobywa „kawałami”.
1063PomocI oto cały szereg próśb:
1064— Mój złoty humorysto, „wkopałem” się fatalnie; daj mi sposób, bym mógł się wykręcić jeszcze z tego małżeństwa, które…
1065— Mój panie zacny, wymyśl jaki dowcipny figiel, bym mógł wydębić od starego sto fajgli, gdyż…
1066— Mój poczciwy, jak tu zrobić, żeby naprawić swój nadwerężony stosunek z wujem, który ma mnie za to wydziedziczyć, żem… itd.
1067Rozumie się, rad podobnych nie udzielam, w przeświadczeniu, że iskrę wrodzonego talentu szanować należy ku pożytkowi ogółu, że ta iskra nie powinna służyć do zapalania cygar dobrobytu dla jednostek, lecz do zapalania wielkiego stosu, gdzieby cały naród mógł gotować jajecznicę pożywną rozwoju i chwały…
1068Jednakże, wzruszony dolą białych murzynów pracy, owej wielotysięcznej rzeszy pracowników biur, kantorów i sklepów — chcę dać im kilka rad zbawiennych, by twarde serca pracodawców-zwierzchników zabiły silniejszą ku nim sympatią.
1069 1070Nie gorliwość da ci podwyżkę pensji i hojną gratyfikację.
1071Nie umiejętność da ci podwyżkę pensji i hojną gratyfikację.
1072 1073Biurowy savoir vivre, którego główne punkty wnet ci wyłuszczę.
10741. Przychodzisz do biura punkt o godzinie dziewiątej. Zwierzchnik wita cię mile: jesteś punktualnym. O, nieopatrzny: zadowolony już jesteś, niczego więcej nie pragniesz. Posłuchaj, co powinieneś powiedzieć.
1075— Przepraszam, panie naczelniku, że się tak fatalnie spóźniłem.
1076— Ależ nie — powiada zwierzchnik — jest akurat godzina dziewiąta.
1077— Nie, panie, jest trzy minuty po dziewiątej; tylko nasz zegar o trzy minuty się spóźnia. Czy rozkaże pan rozkazać szwajcarowi, by zegar posunął?
1078Zwierzchnik już cię widzi, już cię pamięta, już zwraca na ciebie uwagę.
10792. Siadasz przy biurku. Rozpoczyna się dzień roboczy. Czynisz to, co inni: pracujesz niedbale, o ile nie jesteś obserwowany przez czujne oko kontrolera. Strzeż się tylko dwóch rzeczy: nie nazywaj nigdy zwierzchnika „starym”, gdyż może usłyszeć; nie śmiej się nigdy głośno, ani głośno nie opowiadaj dowcipów.
1080Wchodzi zwierzchnik do biura. Wszyscy go widzą, śledzą jego kroki, czekają skinięcia, tylko ty go nie widzisz. Rozumiesz, ty go nie widzisz: jesteś cały pogrążony w pracy.
1081On zbliża się do twego stolika: ty dalej go nie widzisz.
1082On mówi do ciebie: ty go nie słyszysz.
1083On trąca cię w łokieć: ty czerwienisz się i wołasz z wściekłością.
1084— Idź pan do stu diabłów. Nie przeszkadzaj mi pan.
1085 1086 1087Zrywasz się, bledniesz, i wołasz głosem komicznie drżącym:
1088— Ach, to pan. Przepraszam… Ale doprawdy… Bo ja sądziłem, że to który z kolegów… Ach, taka nieuwaga… Pan przebaczy… Ja byłem pogrążony w pracy.
1089Zwierzchnik twój doznaje sprzecznych uczuć: podwładny go obraził, ale zupełnie nienaumyślnie. Szlachetność zwycięża.
1090— No nic, nic, nie gniewam się. Tylko na drugi raz proszę o trochę uwagi.
1091Robisz minę człowieka, który ze snu letargicznego obudzony został uderzeniem pioruna i pragnie zapaść się pod ziemię.
1092Zwierzchnik wchodzi do swego pokoju. Koledzy się śmieją. A ty najgłośniejszym głosem wołasz:
1093— Czego się śmiejecie? Każdemu się to może przytrafić. Gdyby nie szlachetność (jak można najdonośniej), gdyby nie wyrozumiałość i szlachetność szefa, ja bym za to głupstwo mógł osiąść na bruku[84]. To nie śmieszne.
1094Po upływie kwadransa wchodzisz do gabinetu zwierzchnika.
1095 1096— Przychodzę jeszcze raz prosić pana o przebaczenie.
1097Zwierzchnik będzie sobie uważał za punkt honoru udawać, że nic nie pamięta:
1098 1099— Że tak niegrzecznie się odezwałem.
1100— Kto? Ach głupstwo. Może pan być spokojny: użytku z tego nie zrobię.
1101— Ale mnie to spokoju nie daje.
1102— No, na to już ja nie poradzę.
1103Wychodzisz z miną niezmiernie strapioną…
1104Możesz być pewien, że twój „kawał” opowiadany będzie przy kolacji, że naczelnik pamięta już nawet twoje nazwisko.
11053. Zbliża się godzina obiadowa… Znajdujesz sobie taką pracę, która cię o kwadrans dłużej zatrzymuje w biurze. Ze względów etycznych powinieneś czynić to czasem i wtedy, kiedy nie ma żadnych danych, by naczelnik mógł cię zauważyć.
11064. O wypadku swoim powinieneś opowiadać przez cały dzień wszystkim, kogo spotkasz czy na ulicy, czy w ogrodzie, czy w cukierni. Powinieneś wynosić pod niebiosy dobroć i ludzkość swego zwierzchnika. Można nawet posłać do mieszkania jego wiązankę kwiatów z napisem: „od bezimiennego, wdzięcznego i całą duszą oddanego”. Może się domyśli, od kogo, a wreszcie: kto nie ryzykuje, ten nic nie ma.
1107Można w biurze samym puścić się na sentymentalną dysputę o przyjaźni, mówiąc dwuznacznikami, omówieniami, w rodzaju:
1108— Czasem człowiek, nie wiadomo dlaczego, tak się przywiąże do kogoś, kto nawet o tym nie wie, że życie oddałby za niego. I to właśnie najwyższą sprawia mi rozkosz, że ten umiłowany nic o tym nie wie.
1109Na naczelnika patrzeć należy z niemym podziwem, uwielbieniem, śledzić każdy ruch jego, „nieświadomie” naśladować jego chód, sposób wycierania nosa, marszczenie brwi.
1110Jeśli się zwróci z pytaniem lub uwagą, nawet pochwałą, należy być zmieszanym, zakłopotanym w najwyższym stopniu.
11115. Fałsz, KarieraO ile szef nie jest zbyt mądry, można sobie pozwolić i na następujący kawał. Zastrzegam się, że nie jest on zbyt naiwny, bo jeden z pracowników zawdzięcza mu dziś swoje poważne stanowisko.
1112 1113Ilekroć pryncypał wchodził wieczorem do biura, pracownik ów przekręcał[85] lampę.
1114 1115— Dlaczego pan to robi? — zapytał.
1116— Bo jak pan pryncypał wchodzi, to mnie i tak jasno się robi. Więc po co psuć[86] naftę?
*
1117Rozumie się, że w drobnej nawet części nie wyczerpałem tu tych wszystkich sposobów, którymi można zwrócić na siebie uwagę nieprzystępnego szefa, zmusić go, aby nas widział w powodzi pracowników, aby o nas pomyślał w chwili wakowania awansu, podziału gratyfikacji i w tym podobnych stanowczych momentach życia.
1118Nie twierdzę, aby rady moje zawsze doprowadzały do pożądanych rezultatów: wiele tu zależy od kwalifikacji umysłowych tych, którzy je stosować zapragną w praktyce życiowej. To tylko mogę powiedzieć, że rady te zaczerpnąłem od rzeczoznawców, że w tej lub w innej postaci praktykowane są na szeroką skalę, a jakkolwiek nie cieszą się uznaniem ludzi zawistnych, jednakże doskonale dostosowane są do natury ludzkiej, zgodnie z najnowszymi wynikami badań z zakresu psychologii i pokrewnych jej nauk.
Zdziś
1119 1120Nie wierzę w wartość starannego wychowania, nie wierzę w siłę zasad pedagogicznych — zupełnie nie wierzę — w nic nie wierzę…
1121Bo pomyślcie tylko: Zdziś… Kto — ale Zdziś? — przecież to okropne. Żeby kto inny, każdy inny, ale Zdziś… To przechodzi wszelkie wyobrażenie…
1122Zaraz: powiem wszystko. Proszę tylko o chwilę cierpliwości. Niech trochę ochłonę…
1123Zdziś był tak starannie, tak troskliwie wychowany.
1124Dziecko, WychowanieJego włoski pięć razy dziennie były czesane i tak wdzięcznie opadały na ramiona. Dwa razy na tydzień zmieniano mu bieliznę, trzy razy na tydzień przychodził nauczyciel gry na skrzypcach.
1125Zdziś nigdy nie dłubał palcem ani w nosie, ani w torcie, nie wyjadał rodzynków z bab wielkanocnych, nie bawił się piaskiem, nie brudził rączek, nie walał ubranek ani kremem, ani wisienkami, ani niczym.
1126Jak on się ślicznie kłaniał, jak on się umiał grzecznie bawić z dziewczynkami, z jaką powagą i uczuciem deklamował wierszyki na imieninach mamy i papy.
1127Nigdy nie grymasił: rano wypijał kakao z biszkoptami, potem siedział na krześle i układał domki z cegieł, potem zjadał kotlecik z białego mięsa, potem przychodziła freblówka[87] na dwie godziny. Przed obiadem wychodził z mamą na wizyty lub za sprawunkami. Potem jadł obiad. Znów się grzecznie bawił, albo miał lekcję konwersacji francuskiej, albo grał na skrzypcach. Potem jadł kotlecik na podwieczorek. Wieczorem jadł z rodzicami kolację, albo szedł do teatru na operetkę.
1128Było to dziecko tak rozumne, wykwintne, starannie wychowane, wrażliwe.
1129 1130Wrócił raz do domu z guzem na czole. Ojciec był zagniewany na szkołę, a matka płakała i chciała go już w domu kształcić.
1131Innym razem wrócił ze szkoły i przy stole, przy rodzicach, zapytał:
1132Słowo, Grzeczność— Mamusiu, co to jest „psiakrew”?
1133 1134— Zgubiono mi dziecko, skalano, zdeprawowano — wołała wśród płaczu.
1135Kazano Zdzisiowi wypłukać usta eliksirem i raz na zawsze zabroniono mu nie tylko mówić, ale myśleć nawet o czymś podobnym.
1136— Jeżeli Zdziś raz jeszcze powie coś podobnego, to Zdzisiowi język odpadnie, a mama umrze.
1137 1138— Dziecko ukochane, dziecko nieszczęsne — gdzie usłyszałeś ten ohydny wyraz?
1139 1140 1141— A któż powiedział ten ohydny wyraz?
1142 1143Matka wsiadła w dorożkę na gumach[88] i w koronkowej zarzutce pojechała do dyrektora szkoły.
1144— Żądam — wołała — by ten chłopiec, który szerzy zepsucie w klasie, był wydalony natychmiast.
1145— A cóż on takiego powiedział? — zapytał dyrektor.
1146Matka Zdzisia przysięgła, że za nic w świecie nie ośmieli się wypowiedzieć zbrodniczego wyrazu. Stanęło na tym, że napisze na skrawku papieru. Drżącą ręką napisała „psiakrew” — i zemdlała.
1147Dyrektor obiecał, że ukarze ucznia, ale wydalić go nie chciał.
1148Zdzisia ostatecznie już postanowiono nadal kształcić w domu. Mały płakał. Wówczas dla pocieszenia wzięto go na operetkę, a potem do restauracji na kolację.
1149Zdziś uczył się w domu, czytał zbrodnie w kurierze i powiastki dla grzecznych dzieci, deklamował wierszyki podczas imienin i innych uroczystości rodzinnych, pił kakao i chodził z rodzicami do Filharmonii i na operetki do teatru. Poza tym bawił się z dziewczynkami i tylko z jednym dobrze wychowanym chłopczykiem z przeciwka.
1150Mama nawet perfumowała Zdzisia, to jest nie jego, tylko jego aksamitne ubranko z białym kołnierzem. A ciocie całowały Zdzisia w rączki i w buzię i przynosiły mu czekoladki i książeczki z powiastkami dla grzecznych dzieci z kolorowymi obrazkami.
1151To dziecko otoczone było taką pieczołowitą, kobiecą opieką i miłością.
1152Kiedy Zdzisio skaleczył się w paluszek i zobaczył krew — tak zbladł, że trzeba było wezwać dwóch doktorów — i szczęśliwie go wyleczyli.
1153Postanowiono, że Zdziś będzie dyrektorem albo fabryki, albo banku, albo wszystko jedno czego, byle nie potrzebował pracować, ani stykać się z ludźmi źle wychowanymi.
1154Jedną z dziewczynek Zdziś nazywał swoją narzeczoną i za własne pieniądze kupił jej bukiet. Rodzice dziewczynki trochę się śmieli i trochę byli zadowoleni z afektów starannie wychowanego Zdzisia, który nic sam nie brał, tylko o wszystko prosił, ale się nie napierał.
1155Kiedy Zdziś miał lat piętnaście, pozwolono mu po raz pierwszy wyjść na ulicę w towarzystwie owego starannie również wychowanego chłopca — bez kogokolwiek ze starszych osób. Dla upamiętnienia tego znamiennego dnia wzięto go wieczorem na operetkę.
1156Zepsucie, DoskonałośćO, Zdziś był już wówczas zupełnie dojrzałym młodzieńcem, starannie wychowanym i nad wiek rozwiniętym, tylko anielsko naiwnym.
1157Zapytał raz matkę w Dolinie Szwajcarskiej[89]:
1158— Dlaczego niektóre panie przychodzą tu same, a potem dopiero przysiadają się do stolików swoich mężów i tak wesoło rozmawiają?
1159 1160— Dla żartów te panie tak robią.
1161Mama cieszyła się, że do szesnastego roku życia uchroniła biel konwalii — Zdzisia, opowiedziała z tryumfem o owym wypadku dwunastu ciociom, i nazajutrz jedna z cioć wzięła Zdzisia w nagrodę na operetkę i sama wieczorem odstawiła go aż do mieszkania do samego przedpokoju.
1162Zdziś bardzo wiele czytał, ale wielu rzeczy wcale nie rozumiał, więc czytanie zepsuć go nie mogło.
1163Zdziś sześć razy dziennie jadał mięso, bo był blady, mimo spacerów z mamą albo guwernerem[90]. Zdziś mówił po francusku jak Coquelin[91], deklamował jak Kotarbiński[92], grał na skrzypcach jak Barcewicz[93], tańczył jak Krzesińska[94], a ułożenie i ruchy przypominały Ludwika XIV[95] zupełnie…
1164I ja mam jeszcze wierzyć w wychowanie, gdy dowiedziałem się od zupełnie wiarogodnej[96] osoby, że Zdziś, mający dziś lat dwadzieścia sześć, przegrał w klubie w karty bardzo znaczną sumę, sfałszował podpis ojca, zdefraudował powierzoną mu sumę i drapnął nie wiadomo gdzie, w dodatku podobno nie sam?
1165Służba domowa
1166Wychodząc z założenia, że służba domowa pism nie prenumeruje, że byt pisma naszego opiera się na życzliwości ku nam pań i panów, tych ostatnich będę miał wyłącznie na uwadze w niniejszym traktacie społecznym, co ani dziwić, ani tym bardziej oburzać nikogo nie powinno.
1167 1168IdealistaDążeniem naszym być winno, aby drogą czy krzyżowania, czy doboru naturalnego, czy prawa przystosowania, aby — słowem — wytworzyć typ, czy gatunek istot idealnych, doskonale odpowiadających naszym wymogom fizjologicznym, psychologicznym, artystycznym, estetycznym, pornograficznym, materialnym, kulturalnym i egoistycznym. Jest to ideał, ku któremu dążyć winniśmy całą siłą pary, elektryczności i innych sił, znanych lub nieznanych w naturze.
1169Ideałem może być zarówno para całych spodni, jak kamienica, student, łyżwy, cygaro hawańskie, nóżki baranie, własna apteka, pinczer, monopol, pocałunek, główna wygrana, mięso bez kości lub posażna żona. A droga wiodąca do ideału jest trudna, powiedziałbym nawet, najeżona przeciwnościami.
1170LiteratNie powinno nas to jednak zrażać do pracy, albowiem jej celem jest dobro przyszłych pokoleń, a nie ma nic piękniejszego na świecie nad warszawianki, koncerty mistyczne i pracę dla przyszłych pokoleń. One to pożywać będą makagigi[97] naszych usiłowań, spijać wodę emską[98] naszych parć ducha, spoczywać wygodnie na edredonach[99] naszych prężeń myślowych.
1171Nie gniewajcie się, że odbiegłem od przedmiotu. Czynię to zawsze, ilekroć porwie mnie zapał krasomówczy, uniesie urok obranego tematu lub zmusi mus napisania z góry określonej, a często i opłaconej z góry, liczby wierszy…
1172Ad rem[100].
1173Idealna służąca powinna być istotą astralną. Nie sądźcie jednak, aby miała być siłą bez ciała i formy. Zbyt cenię upodobania panów i paniczów, by w tak brutalny sposób deptać ciągnące się od wieków ich prawa i przywileje. Wyraziłem się może nie dość ściśle: żądam bowiem tylko, by służąca nie miała ani krewnych, ani znajomych, ani tym mniej, przyjaciół. Wszelkie węzły pokrewieństwa dlatego właśnie zwą się węzłami, że wiążą istotę z osobami, zupełnie obojętnymi dla osoby, która ma wszelkie prawo rozporządzać czynami, myślami, uczuciami, losem, nosem i całą postacią, wynajętą do wszystkiego razem lub do pojedynczych czynności zawiłego gospodarstwa domowego.
1174RodzinaSłużąca nie powinna mieć matki, sióstr, kuzynek, siostrzenic, bratanek, którym by mogła, lub tylko chciała, dać cośkolwiek z dóbr swych własnych lub swych chlebodawców. Każdy bowiem podarek uszczuplałby jej fundusze, które winny być obracane na własne potrzeby, by nie chodziła brudno lub obdarto, a zawsze czysto i wytwornie. (Wyjątek: o ile pani domu jest zazdrosna).
1175Ojciec, bracia, kuzyni, siostrzeńcy lub bratankowie są anomalią, niezgodną ze współczesnymi pojęciami, ani duchem czasu. Jak dalece rażącym być musi ich istnienie, dowodzi fakt, wielokrotnie stwierdzony, że same służące nie przyznają ich istnienia, wypierając się ich kategorycznie.
1176Wszelkie przyjaźnie i znajomości, stwarzając cały nieskończony szereg pokus, służąc znakomicie sprawie roznoszenia plotek, niebezpieczne zarówno dla służby, jak i dla chlebodawców, nie mają najmniejszej racji bytu, i jako takie, obce być winny owym istotom astralnym.
1177Nie chcąc narażać się na śmieszność, winienem przemilczeć, że pragnę, by astralne ideały nie okazywały żadnych dążeń ku uprzyjemnieniu sobie czasu, ustaleniu lub polepszeniu bytu. Chcąc na przykład wyjść za mąż, trzeba mieć narzeczonego, chcąc mieć narzeczonego, trzeba poznać mężczyznę, a żeby go poznać, trzeba gdzieś u kogoś zobaczyć po raz pierwszy i rozmawiać… Och! Ileż to razy owi nikczemnicy wyłudzali ciężko zapracowany grosz nieszczęsnej ofiary; och, ach? czyż nie czytaliśmy, że nawet namawiają niedoświadczone, proste dziewczyny do kradzieży; och, ach, uch, ich! — nawet do zbrodni! Kuchnia raz na zawsze winna być zamknięta dla narzeczonego astralnej służącej — westalki domowego znicza.
1178 1179O tak! Poza potrzebami ducha: gotowaniem, czyszczeniem klamek, praniem, ścieraniem kurzu, myciem rondli, cerowaniem skarpetek, słaniem łóżek, paleniem w piecach, usługiwaniem do stołu, poza owymi duchowymi rozkoszami, służąca nie powinna i nie może mieć żadnych innych potrzeb duchowych, a tym mniej — cielesnych. Żywność drożeje i drożeć będzie ciągle, westalka astralna winna mieć apetyt coraz mniejszy. I wszystko w tym samym stosunku.
1180Winna być zdrowa — to grunt. Silna, zwinna, roztropna, wesoła, młoda, ładna, niewinna, i będzie taką, jeśli za radą naszą pójść zechce.
1181Winna być niewinna, rzekłem, ale i uległa woli chlebodawców! Poza tym może pozwolić się uszczypnąć w policzek rzeźnikowi, o ile ten w zamian da jej pierwszą krzyżową nie od ogona i kość na dokładkę.
1182Winna być niewinna, powtarzam. Czyż nie ona pozostaje z dziećmi, gdy rodzice wychodzą wieczorem? Czyż nie ona odprowadza panienkę z pensji lub na pensję, z tańców lub na tańce, z kinderbalu lub na kinderbal? Sługa, DoskonałośćOoooo! to zaufanie, którym darzą ją chlebodawcy — czyż nie jest alpejskim nektarem elektrycznej wibracji szczęścia dla astralnej istoty?!
1183Astralna służąca winna mieć słuch i wzrok tak wysubtelnione, by najcichszy rozkaz słyszała i najmniejszy pyłek pod najciemniejszą szafą, w najodleglejszym kącie o zmierzchu, zarówno jak najlżejszy cień niezadowolenia w oczach swych chlebodawców, widziała. Winna być zarazem głucha i ślepa na to wszystko, co dotyczy tajemnic domu. Niemą winna być zawsze, za to wymowną na targu, w walce zażartej z przekupkami i w sklepikach.
1184 1185— Nie — odpowiadam bez wahania.
1186Nakreśliłem zaledwie szkic niedokładny, który winien ulec zmianom, uzupełnieniom, zastrzeżeniom.
1187Jak rzekłem, trudno stworzyć ideał — niełatwo stworzyć go nawet w wyobraźni.
1188 1189Służąca astralna może nie umieć czytać!
Salon
1190Działo się to w pra-pra czasach. Było to strasznie dawno. Żaden dokument, żadne podanie czasów tych nie sięga. Gdzie dziś są morza, były wówczas lądy, a gdzie dziś wznosi się dumny gmach Filharmonii — bujały swobodnie rekiny. Nie było wówczas ani szkół handlowych dla kobiet, ani miast, ani projektu trzeciego mostu na Wiśle, ani lekarstw na porost włosów, ani modernizmu.
1191SielankaWśród niebotycznych lasów, których nie sprzedawała szlachta, bo jej jeszcze wcale nie było, a i sprzedaży nie znano jeszcze, wśród lasów, których nie wycinali Żydzi, ani Niemcy, bo i tych nie było wówczas, porozrzucane były wioski. Każdy mieszkaniec miał chatkę, z jednej obszernej i widnej składającą się izby, kawał roli i kilka sztuk bydła. Raz do roku dzielono obszar cały wsi, bo ten, kto liczniejszą rodzinę posiadał, więcej dostatku i większą otrzymywał izbę. Gdy się żenił chłopak, cała wieś szła na jeden dzień do roboty, by go ogospodarzyć: takich dni, z góry wyznaczonych, było w roku kilkanaście. Poza tym, nikt nikomu nie pomagał, a każdy wszystko robił dla siebie: był rolnikiem, krawcem, szewcem, kowalem, kołodziejem — wszystkim. Swarów żadnych nigdy nie było.
1192Wieczorem, po pracy, zbierali się latem na polance i rozmawiali: temu to się zepsuło, tamtemu owo, ten wtedy spodziewa się przychówka lub potomka, a tamten wtedy. Ale byli i ludzie, którzy ładnie mówili i tych chętnie słuchano. Chętnie słuchano i tych, którzy głosem naśladowali leśnych ptaków śpiewanie. Inni znowu ciekawe rzeczy opowiadali: a to, że sok tej i tej rośliny pomaga na bóle brzucha, a to, że pług głębiej w ziemię wchodzi, jak mu się dziób zakrzywi, a to, że lepiej krowę doić w ten, albo inny sposób. Wynalazca mówił tak:
1193— Przyszło mi to do głowy, spróbowałem, i wyszło dobrze. Więc może to i co warte.
1194— Ano dobrze, można spróbować — odpowiadano.
1195I po pewnym czasie przyjmowano nowość lub odrzucano.
1196Potem zbudowano dużą izbę, gdzie się w zimie można było zbierać. I powoli różne robiono ulepszenia…
1197Aż tu biesy zobaczyli, że jakoś zanadto się postęp między ludźmi podnosi, więc gwałt podnieśli wielki i naradę walną zwołali.
1198— Co zrobić — powiadają — aby zepsuć to wszystko, co ludzie zrobili?
1199Ten radzi to, ten owo, ale wszystko jakoś były niedobre. Aż tu wstaje jeden diabeł kusy, z wielkimi uszami, gapowaty, i powiada:
1200— Puśćcie mnie na ziemię. Zobaczycie, że im wszystko popsuję.
1201A biesy w śmiech, bo to był najgłupszy diabeł i nazywał się Afron.
1202— Ano, mówią, idź, niech ci skórę wygarbują.
1203A trzeba wiedzieć, że w on[101] czas diabły nijakiej jeszcze nad ludźmi władzy nie mieli.
1204Zeszedł tedy ów diabeł na ziemię i do wsi przyszedł.
1205— Jestem — powiada — z daleka, chcę być z wami.
1206Akurat nazajutrz miał być podział roczny ziemi. Więc dano mu jedną izbę i kawał roli, i Afron pracować zaczął. I tak trwało parę tygodni.
1207Aż raz wieczorem na zebraniu, powiedział Afron:
1208— Już jutro do was nie przyjdę wieczorem, bo będę sobie drugą izbę budował.
1209 1210 1211 1212I ciekawość ogarnęła wszystkich.
1213A Afron żwawo wziął się do roboty. Rąbał, piłował, rżnął, aż mu pot ciurkiem leciał z czoła. Dziwili się ludzie, że przybysz, zamiast wieczorem odpoczywać razem z innymi, biedzi się nad swoją drugą izbą. Dziwili się także, że ten przybysz nie je tyle, ile wszyscy, tylko co dzień jeden ser odkłada na bok i jedną miarkę mąki odsypuje, a chleba z niej nie robi.
1214Nareszcie stanęła izba duża, że w niej dużo osób mogło się pomieścić, a w tej izbie dużo ław.
1215 1216— Jutro niech wszyscy do mnie przyjdą, to zobaczą.
1217Zebrali się wszyscy, bardzo ciekawi. A tu Afron tymczasem poukładał na stole wszystkie sery i dużo chlebów z tej zaoszczędzonej mąki — i mówi:
1218— Widzicie, tę izbę ja na to zbudowałem, żeby was ugościć.
1219Zdziwili się wszyscy ogromnie, i jakoś im się zrobiło nieprzyjemnie.
1220— Więc on tyle się nabiedził, naorał i nagłodził dla takiego głupstwa?
1221— A przecież my mamy nasze izby i nasz chleb — rzekli.
1222— Ale ja was kocham i chcę mieć was u siebie i ugościć.
1223Pogłupieli wszyscy. Usiedli, zakłopotani. A gospodarz tak nalegał, że choć z niechęcią, jednak jedli trochę. Dziwnie im było: oto jedli to, czego nie zapracowali.
1224Ten pokój, wybudowany przez Afrona, był to pierwszy salon, a te sery i chleby — pierwszy poczęstunek.
1225Wiedział Afron, co robi. Oj wiedział, psia wiara.
1226Nie od razu ludzie go naśladować zaczęli, ale gadali, myśleli. A bies ich drugi i trzeci raz do siebie prosił i taki był rozradowany, kiedy jedli jego sery i jego chleby, że ludzie pomyśleli w końcu:
1227— Musi to być widać wielka przyjemność, kiedy mi ktoś mój chleb zjada.
1228I zaczęli próbować między sobą:
1229— Na, masz, jedz, zobaczę, czy się będę cieszył.
1230Ale ani ten, który zjadł, ani ten, któremu zjadano — żadnego zadowolenia nie odczuwali; choć zawsze pierwszemu było trochę przyjemniej, chociaż znów wstyd trochę.
1231I tak długo próbowali, aż na koniec nie wiedzieli już, kto komu więcej chleba zjadł, i chociaż nie było swarów, ale było pewne ciche zadąsanie.
1232Kiedy przy końcu roku znów wydzielano ziemię, to nie wiedziano, co zrobić z Afronem: przecież on miał dwie izby. Ale Afron prosił, żeby sobie nie robiono kłopotu, że on chętnie gdzie indziej znów swój salon dobuduje. Ale komu dać te dwie izby? Afron radził, żeby je dać temu, kto ładnie mówi, bo do niego przyjemnie będzie przychodzić. Zapomniałem dodać, że ten, który ładnie mówił, był protoplastą poetów. I znów po roku Afron ustąpił swoje dwie izby i radził je dać temu, który wymyślił sposób, żeby koniom nie pękały kopyta. I po dwóch latach już były we wsi tej trzy salony, i ludzie powoli przyzwyczaili się jeść niezapracowany chleb, i wynosić[102] zasługę, a poeta i wynalazca poczuli swą wyższość nad ogółem swoich bliźnich. A przecież to, co Afron zrobił, wyglądało tak niewinnie.
1233Dwadzieścia lat pracował Afron, nim udało mu się przekonać mieszkańców, że lepiej karmić wynalazcę swoim chlebem, byle on wymyślał różne ulepszenia:
1234— Orać i doić krowy każdy z nas przecież umie — mówił Afron — więc szkoda, żeby on tracił czas na takie rzeczy. Niech on lepiej ma dużo czasu, to będzie mógł wymyśleć[103] więcej rozmaitych ulepszeń.
1235Wszyscy rozumieli, że tak jest. Więc po pięćdziesięciu latach był już jeden taki we wsi, który nie orał, tylko wymyślał ulepszenia w narzędziach rzemieślniczych i za to dostawał wszystko gotowe; był drugi, który tylko leczył niedomagania różnymi lekami i za to dostawał wszystko od innych, bo już nie miał czasu ani na orkę, ani na pieczenie, ani na szycie, ani na ciesielkę; był trzeci, który tylko pięknie naśladował głosy ptaków i całe dnie chodził po lesie i słuchał ptaków, a jadł chleb od innych, bo wszyscy pozostali więcej teraz chleba z ziemi musieli wyciągnąć i więcej chlebów upiec, niż sami zjeść mogli.
1236Rozumie się, że postęp teraz coraz bardziej wzrastał i prędzej się podnosił, bo każdy robił to, do czego miał więcej zdolności.
1237Afron mógł spokojnie umrzeć, to znaczy wrócić do swoich biesów. Dostał on order, bestia…
1238Rozumiecie teraz sami, co się dalej działo. Teraz każdy zaczął już żyć nie ze swojej pracy, ale ze swoich zdolności. Może by to jeszcze nie było tak złe, gdyby nie salon i poczęstunki, które znowu uczyły ludzi jeść bez pracy i bez zdolności, ot, tak sobie, z łaski na uciechę.
1239Praca, Postęp, ZepsucieStosu papieru potrzeba na to, żeby powoli i w porządku opowiedzieć, jak to z pierwszego wynalazcy powstały biura patentowania wszelkich ulepszeń i reklamowanie niezawodnych środków na usuwanie zmarszczek; jak to z owego pierwszego lekarza wytworzyli się tacy, którzy dzięki sprytowi zdobyli rozgłos — bo już potem jeden człowiek tak mało znał się na tym, co robi drugi, że nie umiał ocenić ani jego rozumu, ani zdolności, ani uczciwości; jak to z pierwszego człowieka, który „ładnie mówi” powstali poeci, którzy mają gorsze natchnienie po trzy kopiejki od wiersza i lepsze po dziesięć kopiejek, jak to powstali powieściopisarze, dziennikarze, reporterzy, wydawcy, premia bezpłatne, konkursy i krytycy; jak to z owego pierwszego naśladowcy pienia ptaków powstał Battistini[104] i histeryczki[105] teatralne; jak to specjalizacja doszła do tego, że ludzie jedzą chleb za to, że szlachetnie gadają, łapią lub bronią złodziei, stręczą mamki[106] z dobrym pokarmem, sprzedają bilety przed teatrem, podrzucają woreczki lub znaczą chustki do nosa[107].
1240SalonGrubych foliałów potrzeba na to, aby opowiedzieć, jak to na tle owego pierwszego salonu wyrosły diabłu na uciechę meble stylowe, dywany, kandelabry, portiery, palmy, flirty, perfumy, pieczeniarze, zbiorki poezji w złoconych oprawach, albumy z pocztówkami, mężowie z rogami, i ta cała mnogość tego wszystkiego, na co człowiek dzisiejszy patrzy tak, jakby to wszystko było bardzo potrzebne do życia.
Taksator
1241Było to w owym krótkim okresie mego życia, gdym wszędzie szukał zawziętych tematów, epizodów i typów do moich olśniewających powieści, zdumiewających nowel i dynamitowych studiów psychologicznych.
1242Żebrak — wspaniały typ; pijak — bajecznie ciekawy okaz; właściciel garkuchni, garkuchnia — wstrząsająco ciekawe środowisko.
1243W owym to czasie zastawiłem w lombardzie zegarek pamiątkowy, pierścionek nie mniej pamiątkowy, palto już nie pamiątkowe i postanowiłem napisać niezmiernie genialną powieść na tle lombardowych stosunków.
1244Szczęściem dla mnie, a zapewne i dla czytelników, bardzo rzadko powieści owe zaczynałem, a już zupełnie nigdy nie kończyłem.
1245Bądź co bądź, pozostałe z młodzieńczych czasów notatki sprzedaję dziś oto po parę kop.[108] od wiersza…
1246Taksator lombardu był stary, siwy, łysy, pomarszczony i zawsze pogodnie uśmiechnięty.
1247— Mój panie — rzekłem raz, dobrodusznie niby, a w gruncie rzeczy polując nań, jak na bohatera owego nowego arcydzieła, które miało mi dać sławę, dwa pomniki, jedną nieśmiertelność i engagement do trzech, płacących sute honoraria, czasopism.
1248— Mój panie — rzekłem — zajęcie pańskie jest niezmiernie nużące i jednostajne. Nie masz pan ze swej pracy żadnego moralnego zadowolenia, gdyż lombard należy do najpodlejszych i najbardziej wzgardzonych przedsiębiorstw. Powiedz mi pan łaskawie, czemu to się dzieje, iż wyglądasz na człowieka zupełnie zadowolonego z życia, że podrzędną swoją czynność wykonywasz[109] z taką pogodą, zadowoleniem, powiedziałbym nawet, zapałem.
1249Uśmiechnął się swym poczciwym, pogodnym uśmiechem i rzekł:
1250— Masz pan słuszność. Jestem taksatorem z powołania, jestem z Bożej łaski taksatorem; zajęcia mego, które nazywasz pan podrzędnym, nie oddałbym za żadne inne, nie zamieniłbym go na tekę ministra. Dziwi to pana — prawda?
1251W samej rzeczy byłem nad wyraz wszelki zdziwiony.
1252— Powiadasz pan, że lombard cieszy się złą opinią w społeczeństwie? Wiem o tym. Jest to opinia błędna. Lombard jest akademią wychowawczą narodu; uczy go dwóch ważnych prawd: że istnieją przedmioty bardzo kosztowne i zgoła bezwartościowe — to raz; że bardzo łatwo jest pożyczyć pieniędzy, ale bardzo trudno je zwrócić — to dwa. Że ludzie z nauk lombardu — pedagoga nie umieją korzystać, nie nasza wina. Czym jest pierścionek, broszka, kolczyk? Świecidełkiem Patagończyka. Czym jest salon, ładna i głupia żona, suknia muślinowa, poeta — nastrojowiec, tuberoza? Świecidełkiem kosztownym, i bezmyślnym. A ludzie mają to, kupiwszy za drogie pieniądze, pieszczą, przywiązują się do błyskotek, aż to zanoszą do nas, by się przekonać, że były to zabawki, bez których łatwiej nawet żyć na świecie. Tym samym jest sława, honory, zaszczyty, stosunki w święcie, ordery i medale, hołdy, ukłony i koligacje. A pan, który zastawiłeś już dwa złote graty, czemu przychodzisz teraz z paltem; czemu okłamujesz się, że je wykupisz, czemu nie urządziłeś tak swego życia, by rzeczy potrzebnej naprawdę — nie zastawiać? Wydatki i kredyt — rozumne — to bogactwo narodu i jego przyszłość.
1253Poczęstował mnie papierosem i ciągnął dalej.
1254— Filozof, Theatrum mundi, Kondycja ludzka, InteresLombard to życie, panie kochany. Co raz zastawisz, tego już nie wykupisz. Każdy człowiek, gdy młody, ma skarbiec cały ideałów, które powoli zastawia, zastawia, zastawia — byle żyć. Zaczyna od tych ideałów, do których najmniej przywiązuje wagi, które nie są mu drogą spuścizną, a potem… Za cenę wygód, chwilowych podnieceń, gabinetowych[110] uciech i tryumfów — zastawia uczciwość, cnotę, honor, godność — wszystko. Z początku płaci procenty, potem zalega — nareszcie fant idzie na licytację, i oto dumę kupuje sobie lichwiarz, którego stać na to, odwagę cywilną kupuje sobie bankier — spekulant, i kręci się wszystko w kółko, w kółko, w kółko… I naród zastawia tak swoje ideały… Lombard — to wielkie, wspaniałe obserwatorium społeczne.
1255Zajrzał do książki, wstał, wszedł do sąsiedniego pokoju i przyniósł dwa małe przedmioty.
1256— Widzisz pan ten krzyżyk? Po raz pierwszy był on zastawiony przez kobietę, zapłakaną, w żałobie. Wykupiła go. Po latach dwudziestu zastawił go młodzieniaszek i nie zapłacił ani jednej raty. Sprzedaliśmy krzyżyk. Po latach sześciu przyniosło go znowu bardzo smutne dziewczę, z niemowlęciem na ręku… Widzisz pan ten sygnet? I on był zastawiony dwa razy, przez ojca i przez syna. Za tydzień będzie licytacja: znów go ktoś kupi i znów go kiedyś przyniesie… dziwi pana, że ja pamiętam historię tych dwóch przedmiotów? Otóż to właśnie: bo mnie wszystko zajmuje, interesuje, przykuwa — bo jestem taksatorem — istotą myślącą, a nie maszyną martwą, bo jestem taksatorem — artystą… Znam każdego człowieka, który tu wchodzi, wiem, co przynosi, dlaczego zastawia, ile razy procent zapłaci, jak doszedł do posiadania przedmiotu, co się z nim stanie — wszystko wiem, wszystko mnie interesuje, i dlatego życie moje nie jest monotonne, ani zajęcie moje — nudne.
1257Zapomniałem, że taksator ma być bohaterem mojej powieści, słuchałem ze zdumieniem.
1258— Każdy z ludzi jest taksatorem, tylko jeden jest lichy, a drugi dobry. A pan czy nie taksujesz ludzi, sytuacji? Czy nie taksujesz pan moralnej i intelektualnej wartości człowieka? Czy nie taksujesz pan jego wartości w stosunku do społeczeństwa i do pana? Taksujemy urodę, zdolności, uczucia, wysiłki, ideały, prawa, dążenia — wszystko — wszystko. MądrośćKażdy człowiek powinien być przez lat kilka taksatorem w lombardzie; taksatorstwo winno wejść w kurs wykładów szkolnych — bez tego nie można być ani pożytecznym, ani rozsądnym… Gdybym nie był starym kawalerem, gdybym miał synów, przejąłbym synów moich takim zapałem do mego zawodu, że wszyscy byliby taksatorami w lombardach. A pan, pan powiadasz, pan się dziwisz, że jestem zadowolony ze swego losu, że jestem zawsze uśmiechnięty… Panie drogi, ja znam wartość życia i ludzi, umiem wybaczać błędy, kochać ich wysiłki. Ileż to razy przychodzi ktoś płacić procent, a ja myślę wówczas: „biedaku, po co się łudzisz, po co się oszukujesz? Nie wykupisz, nie wykupisz, biedoto”. I pan nie wykupisz ani zegarka, który otrzymałeś w jakiejś uroczystej chwili swego życia, ani pierścionka pamiątkowego. PolakI wiele — wiele zastawisz pan w lombardzie życia. Pan jesteś Polakiem.
1259— Pan skąd wiesz to wszystko? — zapytałem, zdumiony do najwyższego stopnia.
1260 1261Ktoś wszedł. Podał mi rękę na pożegnanie…
1262Umyślnie teraz dopiero nadmieniam, że mieszkałem wówczas w Paryżu, a co zatem idzie — taksator ten był Francuzem.
1263 1264Praca, Idealista, Praca organicznaWidziałem wielu techników, adwokatów, lekarzy, nauczycieli, kupców, literatów — każdy niemal przeklinał swój zawód, zawodził, biadał, skarżył się i ubolewał.
1265Zrazu nie zwracałem uwagi na dziwne zjawisko. Ale potem zacząłem ich porównywać z taksatorem lombardu paryskiego.
1266Ludzie zawodów tak zwanych wyzwolonych, ludzie o szerokim zakresie działalności — nie umieli skrzesać z siebie bodaj iskry zapału dla swego zawodu — martwe maszyny, bo za wrzuceniem honorarium — wyrzucali ze siebie, wprawdzie nie pudełko landrynek, jak automat, ale receptę, powieść, poradę prawną, plan — szemat[111] domu. I ani skry natchnienia, tfu! bodaj zapału, tfu! bodaj uczciwego zadowolenia, tfu! bodaj uczciwości zawodowej!… Oj, czy nie za daleko się posunąłem… Nieprzejednanie w formie zadzierania z całym światem i robienia sobie wrogów już zastawiłem w lombardzie życia, choć jeszcze płacę procenty — może wykupię.
1267Nie chcę twierdzić, by u nas postęp dlatego takim nadwiślańskim (kolejowym) krokiem się posuwał, że nie ma w nas umiłowania zawodu lub chęci do pracy w ogóle — bo ja zastawiłem w lombardzie życia chęć wszelkiego twierdzenia kategorycznego. Bądź co bądź, podejrzliwie patrzę na tych pracowników licznych, którzy z westchnieniem mówią o swej pracy. Choć to nikogo do niczego nie obowiązuje.
1268Nota bene — znam bardzo zamiłowanego w swym zawodzie roznosiciela gazet: jest szczęśliwy. Wolałbym być nim, niż sobą.
List otwarty
1269 1270(Pcipci — zdrobniale od — Irena).
1271— Więc nie bawią już pani wycieczki, teatry amatorskie ani reuniony[112]?
1272 1273A pani dusza jest już jak koks?
1274 1275I zadaje sobie pani pytania, dlaczego i po co to wszystko?
1276 1277Nudzi się pani, panno Pcipci, i pragnie pani, bym cię wyleczył?
1278 1279Znam człowieka, który ma nieznośną żonę, czworo nieznośnych dzieci, nieznośne zajęcie i nieznośnych zwierzchników. (Co prawda, wszyscy zwierzchnicy są nieznośni, i dlatego wyraz sam ma źródłosłów: zwierz).
1280A człowiek ów, mimo to wszystko, żyje, pracuje, a nawet — śmieje się czasem.
1281 1282Kondycja ludzka, SzczęścieWszyscy ludzie całego świata, a więc: aptekarze, Chińczycy, hrabiowie, majtkowie okrętowi, panny na wydaniu, aktorzy, fabrykantki aniołków[113], adwokaci, dyrektorowie filharmonii, głupcy, aeronauci[114], ajenci od ubezpieczeń, karciarze, emancypantki, właściciele magazynów z gramofonami i cykliści — dzielą się na: zadowolonych z życia i niezadowolonych.
1283Co robić, aby należeć do grona ludzi, zadowolonych z życia?
1284Ów właśnie mój znajomy posiada ten rzadki dar, owoc rozumowań i pracy myślowej.
1285Gdy dzieciska darły się wniebogłosy, uniemożliwiając panu Michałowi ulubioną poobiednią drzemkę, pan Michał uśmiechał się błogo i szeptał:
1286— Jak to dobrze, że mam czworo dzieci, a nie — ośmioro.
1287Gdy żona narobiła panu Michałowi piekła: uśmiechał się pobłażliwie i myślał:
1288— A cobym ja robił, gdyby mi tak nagle zmartwychwstała teściowa?
1289 1290— Patrz, w jakich ja chodzę bucikach; patrz, jaki mam kapelusz nędzny; patrz, do czego podobny żakiet Mani i spodnie Kazia?!
1291Pan Michał uśmiechał się filuternie i prawił:
1292— Szczęście, że kobiety mają tylko dwie, a nie cztery nogi, że kapelusz nosi się tylko jeden na głowie, że ludzie nie wymyślili, by na żakiecie jeszcze nosić jakiś kosztowny dodatek.
1293Obyczaje, ModaMiał słuszność pan Michał: gdyby natura obdarzyła wszystkie kobiety czterema nogami (dwie pary trzewików), to dwunoga uważaną by była za kalekę. A gdyby dnia pewnego król Edward ukazał się na wyścigach ze specjalnym kapelusikiem na nosie, to wszyscy mężczyźni, a zapewne i kobiety, prócz kapeluszów na głowie, nosiliby mniejsze kapelusiki na nosach. I wówczas śmieliby się z dzikusów, którzy kapeluszy na nosach nie noszą, a dziwaków, niechcących się poddać zwyczajowi, nie wpuszczalibyśmy do salonów; a może nawet aresztowali za obrazę przyzwoitości publicznej. Rzecz naturalna, wszystko to działoby się powoli, w ciągu dziesiątków lat.
1294Pan Michał cieszył się, że rok ma 365 dni, a nie 183, gdyż miałby dwa razy więcej imienin, święconych i choinek; że człowiek ma dwie dziurki w nosie, gdyż osiem dziurek wymagałoby cztery razy więcej tabaki; że siedzi w biurze tylko dwanaście godzin, a nie — dwadzieścia trzy i trzy kwadranse; że w mieszkaniu jego są tylko karaluchy, pluskwy, pchły i myszy, bo mogłyby być jeszcze szczury, żaby, pająki, aligatory, fortepianistki i śpiewacy.
1295— Jeżeli mały słowik ma taki duży głos, toć mogłoby być i tak, że jakiś mały robaczek mógłby mieć głos Gasińskiego[115], albo specjalny aparat, pozwalający w nocy wygrywać gamy, jak Mania na pianinie.
1296 1297Kiedy panią ogarnie owa beznadziejna nuda, pomyśl sobie pani:
1298— A gdyby mi tak koń odgryzł mój zgrabny nosek?
1299Nie ma w tym nic niemożliwego. Toż są na świecie konie. Toć niektóre konie są bardzo złośliwe. Ot, przechodzi pani obok konia. Koń odwraca się, nagle — mach! — krew, krzyk, zemdlenie, pomoc, korespondencja: „Niezmiernie smutny wypadek, lub: straszny cios dotknął rodzinę ogólnie szanowanego pana Z. Z. Córce jego, uroczej pannie Pcipci, królowej sezonu, koń odgryzł nos”. I nie ma nosa.
1300 1301Żali się pani na niewyrozumiałość ojca i gderliwość mamy?
1302Złośliwa natura mogłaby tak urządzić akt przynoszenia dzieci przez bociany, że panny Pcipcie mogłyby mieć po trzy — co mówię — po dwanaście par rodziców.
1303Żali się pani, że tak mało jest książek, które warto czytać?
1304Wiadomo pani, że mężczyźni, po dojściu do pełnoletności, muszą służyć w wojsku? A co by było, gdyby prawo nakazywało pannom czytać wszystkie powieści i poezje, pisane przez płodne nasze autorki?
1305Dusza, Dom, Kondycja ludzka, Konflikt wewnętrznyPani się zdaje, panno Pcipci, że jesteś egoistką, to znowu — że jesteś czułą i wrażliwą na wszelką niedolę i niesprawiedliwość?
1306Dusza ludzka, panno Pcipci, składa się z przedpokoju, buduaru, sypialni, salonu, stołowego pokoju, kuchni, spiżarni i tego wszystkiego, co nosi miano — wygód. Dusza ludzka, panno Pcipci, to mieszkanie z wszelkimi wygodami. W buduarze się bawi, albo szuka wrażeń, w salonie się okazuje wdzięki ciała i umysłu, jedno i drugie w specjalnym oświetleniu i pod pudrem — a nie ma jeszcze ani w mieszkaniu, ani w duszy współczesnego człowieka — kącika dla myśli i uczuć. Czyż nie? Jest jadalnia, palarnia, sypialnia, czemu nie ma myślarni lub czuciarni?
1307PostępMa pani słuszność, panno Pcipci, że pani nie ma zaufania do współczesnej cywilizacji. Można ją lubić, tę naszą współczesną cywilizację, jak się lubi „cudowne” dziecko, można pokładać w niej duże nadzieje w przyszłości. Dobrze, że choć epileptyków nie palą już na stosach.
1308 1309Może z czasem panny Pcipcie nie będą pannami Pcipciami. Nie będą potrzebowały uśmiechać się do poważnie myślących kawalerów i dobrze postawionych wdowców bezdzietnych.
1310Jest praca, panno Pcipci, ale o takich rzeczach do młodej panny pisać mi nie wypada. Więc nie myśl pani o pracy, tylko pociesz się myślą, że takich panien Pcipć jest bardzo wiele na świecie.
1311Łączę ukłony dla Mniamni (zdrobniale od — Janina) i dla Bdziubdzia (zdrobniale od Bolesław). Rodzicom rączki całuję.
Cyrkowy
1312Biegł szybko małym kroczkiem, potrącając przechodniów.
1313 1314Witam szanownego profesora. Dokąd to profesor tak spieszy? Zapewne po jakiś nieznany a ciekawy dokumencik — zgadłem?
1315I patrzałem na niego z góry, z pobłażliwym uśmiechem, jaki zazwyczaj gości na ustach zwykłego śmiertelnika, gdy spogląda na marzyciela, ideowca lub w ogóle maniaka.
1316— Dokąd spieszę?… A właśnie, że nie zgadłeś!… Idę do cyrku.
1317 1318— No do cyrku, do cyrku. Nie zatrzymuj mnie, bo się spóźnię.
1319— Profesor idzie do cyrku? Ależ ja tego zgoła nie rozumiem.
1320Ażeby usprawiedliwić moje zdziwienie, muszę zaznaczyć, że spotkany przeze mnie jegomość jest historykiem, mólem[116] książkowym, szperaczem — czym chcecie, tylko nie światowcem. W życiu swym ani razu nie był na operetce; nie wypił ani jednej filiżanki kawy ani w Nadświdrzańskiej, ani w Udziałowej, ani w Brystolu; nie widział nigdy w życiu ani Cavalieri[117], ani Battistiniego[118], ani Bellincioni[119]; nie wie o istnieniu w Warszawie Filharmonii. Za to pierwszy przychodzi do sali biblioteki publicznej i ostatni siłą zmuszany bywa do jej opuszczenia. Prawdziwe piekło z nim mają zarządy książnic prywatnych. Poza tym gotów jest dziesięć mil tłuc się zimą boczną drogą — w poszukiwaniu jakiegoś nieznanego ogółowi świstka, spleśniałego na strychu jakiegoś dworka[120] zapadłego lub plebanii.
1321I taki oto człowiek powiada mi, że idzie do cyrku.
1322— Idziemy razem — postanowiłem nagle, widząc jego zniecierpliwienie.
1323— No dobrze: jak chcesz, to chodź. Wstyd, Teatr, Theatrum mundiAle może się wstydzisz? Bo u nas istnieje przesądne przekonanie, że cyrk — to zabawa dla dzieci i pospólstwa. Szanujący się ludzie nie chodzą do cyrku, tylko — do teatru. O, teatr, to szlachetna rozrywka — skończył z ironią.
1324— Więc profesor, jak widzę, przekłada cyrk nad teatr?
1325— A rzecz naturalna… Bo co to jest teatr, co? Najpospolitsze łgarstwo, obliczone na łatwowierność widza. Jakiś pan, neurastenik, erotoman, zgryźliwy żółciowiec, albo kaznodzieja sceniczny, wybiera sobie jakiś fakt, rozkrusza go między pewną liczbę osób, i tak nimi kręci, tak manipuluje, że wreszcie dowiedzie, że jest tak, jak on to sobie uroił. Aktorzy gadają tak, jak on chce, żeby gadali; a jak który z nich czegoś zapomni, to mu podpowiadają, żeby, broń Boże, jakiejś własnej myśli nie powiedział. I żeby tylko gadali — ba, oni udają, że to są wszystko ich myśli, że oni tak czują właśnie. Oni śmieją się, jęczą, płaczą, bluźnią, są natchnieni i umierają, i powtarzają to co dzień o jednej godzinie. A ty, widzu, masz wierzyć, że to wszystko jest prawda. Oni najoczywiściej kpią sobie z ciebie: umarli przed chwilą — spuszczono gałgan, potem podniesiono gałgan, i nieboszczycy kłaniają się, uśmiechają, strzelają oczami ku krytykom, lożom i galerii. I trzymają się przy tym za ręce — i znów tym bratnim splotem kłamią bezwstydnie: bo jeden drugiego utopiłby w łyżce rycynowego oleju. To jest oburzające! Nawet się nie zarumienią!
1326Mój jegomość przystanął, wytarł nos w kraciastą chustkę i dalej perorował:
1327Prawda, Kłamstwo— Albo te dekoracje. Postawią zielony badyl, i to ma być drzewo; zawieszą na niebiesko pomalowaną szmatę, i to ma być niebo. I to ustawianie dekoracji odbywa się w tajemnicy, za kurtyną, bo ciebie, widza, mają za bałwana, który temu wszystkiemu uwierzy.
1328 1329— Cyrk — to zupełnie co innego. W cyrku jak linoskoczka spada z trapezu, to sobie naprawdę kark kręci i nie idzie na kolację, a jak wychodzi na arenę koń — to to jest koń, a nie przyjaciółka jakiegoś plutokraty. Jak ci się błazen przebierze za pana, albo za podlotka — to nie ma w tym chęci ocyganienia widza, ale jest satyra. Bo iluż to mamy błaznów między panami. Tak tak. Sam się przekonasz. Nauczę cię rozumieć cyrk, mój kochany.
1330 1331Przedstawienie się rozpoczęło.
1332— A teraz uważaj… Powiedz mi przede wszystkim: jak ci się zdaje, ile ten koń może kosztować?
1333 1334Praca, Sztuka, Bogactwo— Kosztuje dwa tysiące, ale mniejsza. Ile może kosztować rocznie jego utrzymanie?
1335 1336— Kosztuje więcej niż trzysta, ale mniejsza. Co ten koń umie?
1337— Umie się kręcić w kółko w takt muzyki i wykonywać na skinienie bata zręczne obroty.
1338— Otóż to właśnie. Koń, który poza zręcznością nie posiada nic innego, przedstawia wartość czterdziestu koni roboczych. I cały byt zawdzięcza temu, że umie się stosować do skinienia bata. No, nie warto iść do cyrku — co?
1339PracaPo skończonym numerze rozsypała się po arenie czereda służby z grabiami. Między nimi kręci się zawzięcie nieśmiertelny „głupi August”.
1340August wydaje rozporządzenia, których nikt nie wykonywa[121]; zachęca lub gromi, na co nikt nie zwraca uwagi; wydziera grabie, chcąc sam pokazać, jak należy wykonywać daną czynność, ale rzuca je natychmiast i biegnie w inną stronę; plącze się, przeszkadza, psuje — wreszcie, dostaje tu w bok, tam w kark, gdzie indziej w oblicze. Nic to: on pracuje dla dobra ogółu. Robota skończona. August staje na środku areny i ociera pot z czoła. Daje mu brawo jeden tylko profesor.
1341— Widzisz, widzisz, ja tylko jeden zachwycam się tu tym starym, ale wiecznie nowym jego kawałem. Ten August — to dziesiątki tysięcy ludzi — na wszelkich polach życia i szańcach pracy. Ha! ha! ha! Brawo, August!
1342Zadowolony byłem, że rozpoczął się nowy numer programu, gdyż zaczęto już na nas zwracać uwagę…
1343Po cienkim drucie chodzi kobieta. Potem podnosi chustkę, tańczy, siada na krześle ustawionym na drucie. Istne czary. Publiczności dech zamiera w piersiach. Jeden tylko August stoi niewzruszony i uśmiecha się pogardliwie: „co to za sztuka, ja bym także potrafił”.
1344Błazen, Mądrość— Patrz na Augusta, na jego minę. Nil admirari[122]. Nie należy się niczym zachwycać! Głupca niczym nie zadziwisz. Wiesz, kto się prawdziwie zachwycał wieżą Eiffla? Technicy, matematycy, inżynierowie. Laluś stanął przed wieżą i powiada: „To ci dopiero — tyle o tym pisali, myślałem, że wyższa…” Poczekaj tylko: to jeszcze nie koniec.
1345Rozległy się oklaski: August ze zdumieniem rozgląda się, wzrusza ramionami. Nie rozumie, za co jej biją brawo. Zbliża się do gimnastyczki, patrzy, patrzy, znów spogląda na zebraną publiczność, dotyka kobiety palcem, odsuwa się o kilka kroków. Aż, porwany ogólnym zapałem, zaczyna namiętnie bić brawo, aż mu ręce puchną, aż się chwieje na nogach, aż z sił opada. Wreszcie gimnastyczka znikła za kulisami, a August siada na środku areny, chwilę odpoczywa, wreszcie dumny, napuszony — wychodzi.
1346Patrzałem na przemian to na Augusta, to na profesora: połykał oczami najdrobniejszy ruch błazna.
1347— Widziałeś? To znakomite, nieporównane, to jest ogólnoludzkie i charakterystyczne dla wszystkich epok — to tłumaczy cały szereg historycznych wypadków, całe okresy dziejowe, to mi daje możność rozwiązania wielu ciemnych, zawiłych zagadek. Ten błazen będzie najgłośniej krzyczał i najszerzej obnosił sławę tego, kogo lub czego nie rozumie: on — on, a nie garstka znawców, przyczyni się do spopularyzowania tego, co mu imponuje, bo tego nie rozumie. I oto zawsze wokoło wielkiej idei grupują się z podziwem jednostki wybrane, dalej — banda Augustów — naganiaczy, wreszcie — tłum, przez Augustów zwabiony… Ja muszę z tym błaznem się poznać.
1348Nowy numer zwrócił uwagę mego towarzysza w inną stronę.
1349Tu znów ośm[123] koni na dane hasło zmienia w biegu miejsca, zmienia takt i rytm biegu, kierunek i porządek.
1350— No, patrz, co może tresura zrobić z bydlęcia. Ośm koni z zadziwiającą spójnią pracuje wspólnie, by napchać swemu przedsiębiorcy pewną liczbę rubli do kieszeni, aby same dobrze na tym wyszły. A ludziom od wieków wytłumaczyć nie można, że dobrobyt jednostki jest związany z dobrobytem ogółu, i każdy coś winien złożyć do ogólnego dobra społecznego.
1351Machnął ręką i zbudził się z zadumy dopiero wówczas, gdy żongler balansował kulą armatnią.
1352Ciężka kula stalowa spadała mu z wysokości kilku łokci na kark, nie czyniąc mu żadnej krzywdy.
1353— Widzisz, co to znaczy zręczność i wyrobienie! Ale on nad tą sztuką lata całe pracował. To samo z siebie mu nie przyszło. A nasze wychowanie domowe dąży do wszystkiego, tylko nie do tego, by kulą życia kierować. Dlatego mamy tylu ludzi, co z kulą u nogi żywot wiodą… No chodźmy… Pantomin nie lubię, bo to dla dzieci, to mi zanadto teatr przypomina.
1354 1355— No i cóż? Może jeszcze zechcesz twierdzić, że cyrk jest bezmyślną rozrywką?
Z wywiadów
1356Spotkałem go o późnej godzinie na odludnej ulicy.
1357 1358— A która to, panie ładny, godzina — na pańskiej cebuli[124]?
1359— Zapewne nie o godzinę panu idzie, ale o zegarek? — odparłem wymijająco, z lekka uchylając kapelusza.
1360— Sie wi[125]. Pan, panie ładny — spryciarz.
1361— Nie z jednego pieca człowiek chleb spożywał, mój panie.
1362— Sie rozumi. Ale dosyć bo tego gadania. Dawaj, brachu, cebulę i ligaj sobie drogą na złamanie.
1363Mój przygodny znajomy miał postawę o tyle imponującą, że dzielnych jego kształtów nawet mrok wieczorny zatrzeć nie zdołał w zupełności. Postanowiłem tedy być o ile możności ujmującym, tym bardziej, że głos jego zdradzał stanowczość, spoza której wyzierały pierwsze błyski zniecierpliwienia.
1364— Mój panie kochany i szanowny… — zacząłem.
1365Złodziej, Rozmowa— Szanowność pan schowaj do pularesu[126]; mnie jej nie potrza — przerwał porywczo.
1366— Ależ pozwól pan dokończyć — poprosiłem go uprzejmie — chcę, aby stało się dla pana jasnym, że zegarka nie posiadam. Nie taję, że nawet w razie idealnego zbiegu okoliczności, to znaczy — gdybym wypadkowo był posiadaczem podobnie szacownego sprzętu, za jaki powszechnie zegarek uchodzi — i wówczas pozostawiłbym go w domu, a nie nosił przy sobie, wybierając się na wycieczkę w te właśnie strony, gdzie oto mamy przyjemność w tej chwili tak mile rozmawiać.
1367Kształtna postać wydała z siebie coś w rodzaju mruknięcia. Skorzystałem z chwilowego niezdecydowania kształtnej postaci i ciągnąłem:
1368— Dla ścisłości wyznać muszę, że posiadam w prawej kieszeni miedzianą dziesiątkę, której przeznaczeniem jest przejść w ręce stróża, jako opłata za otworzenie bramy. Sądzę, że nie zechce pan pozbawić człowieka ciężkiej pracy — słusznie należnego mu honorarium; a przy tym pozyskanie sumy tak drobnej poniżyłoby pana we własnym pojęciu, przyniosłoby ujmę szlachetnemu zawodowi, który pan uprawiasz, jak sądzę.
1369— Sie wi. Pan masz mnie za złodzieja — co?
1370— O panie — przerwałem wzburzony — nie nazywajmy rzeczy tak dosadnie. Język nasz jest już dostatecznie giętki, by można było mówić to, co z tych lub innych powodów może być drażliwym. Ja mam pana za indywidualistę, zapewne cokolwiek neurastenika[127], i tak jest z pewnością. Czyż nie? — sam pan osądź.
1371— Sie wi. Bo widzi pan, niech panu się znowu nie zdaje, że ja to tak sobie tylko. Ho, ho!
1372— Ależ rzecz naturalna. Często okoliczności życia tak się dziwnie złożą, że człowiek sam z trudem wielkim orientuje się w tym labiryncie kolizji, jakie wciągają go w tłocznię życiowej widowni. Człowiek z wyższymi aspiracjami zawsze jest narażony na wielką mnogość różnych ewentualności.
1373— A bo nie? Ja na ten sposób to właśnie tak, jak pan mówi. Starałem się, jak mogłem. Ale byłem słabego zdrowia, bez znajomości i pieniędzy. A piniondz jak piniondz; bez niego ani ruchu, ani duchu. Robiłem, bo robiłem. Aż przyszła choroba. Idę do jednego doktora — zapisał krople. Nic nie pomaga. Idę do drugiego — zapisał pigułki. Znów nic. Idę do trzeciego. Ludzki był człowiek. Powiada tak: „mój kochany, tobie potrzebne takie zajęcie, żebyś miał dużo świeżego powietrza i dużo ruchu”. Do Merangi ani do Jabajcy[128] nie pojadę, bo nie mam; więc sobie wynalazłem taką robotę, co mi nie szkodzi. Zdrowie każdemu miłe.
1374— Och, panie drogi, zdrowie — to skarb. (Wziąłem go po przyjacielsku pod ramię, i szliśmy wolnym kroczkiem). Właśnie to cenię w panu ogromnie, że pan to rozumiesz. Panie, ruch i czyste powietrze — to skarby nieocenione.
1375— Sie wi. Nie ma, panie, jak we szpitalu leżeć. Żeby to u nas we warsztatach było takie powietrze i światło, tobym ja nie potrzebował się teraz leczyć.
1376I nagle odsunął się ode mnie, spojrzał przenikliwie i zapytał ostro:
1377— A pan gadaj, co pan chcesz: pan mnie masz za złodzieja.
1378— Ach, jeśli panu już tak bardzo o to idzie, niech i tak będzie. Ale przecież sama nazwa niczego jeszcze nie dowodzi. W każdym rzemiośle czy zawodzie istnieją różni ludzie: źli, gorsi, najgorsi; dobrzy, lepsi i najlepsi.
1379 1380— A czymże fach pański ma być gorszy od innych? I tu potrzebna fatyga, spryt, zdolności, wprawa, a nawet duże wykształcenie, i tu jest ryzyko.
1381 1382— Rzecz naturalna. Powiem nawet, że wyższość pańskiego zawodu nad innymi polega na tym, że tu o powodzeniu rozstrzygają tylko osobiste kwalifikacje, a nie stosunki i protekcje.
1383 1384— ZłodziejPowie kto może, że powodzenie pańskie ściśle jest związane ze stratą dla innych. I tu jednakże można się nie zgodzić. Jeśli zajmuję w tramwaju ostatnie miejsce za pięć kop.[129], tym samym zmuszam tego, kto po mnie przyszedł, by zapłacił o dwie kopiejki więcej lub stał na platformie na chłodzie, czyli, innymi słowy, okradam go z dwóch kopiejek lub wygodnego siedzenia. Jeżeli jestem adwokatem i podejmuję się prowadzenia sprawy, tym samym okradam tego kogoś, do kogo by się zwrócił mój klient, gdyby mnie nie było. Jeżeli jestem doktorem, kradnę moim kolegom chorych i ich rubelki. Jeżeli jestem dziennikarzem, okradam innych współtowarzyszów[130] o liczbę kopiejek, która przypada za moje artykuły. I dlatego właśnie ludzie, pracujący na jednym polu zarobkowym, zwykli patrzeć na siebie wzajemnie, jak na rzezimieszków. To trudno: człowiek człowiekowi przeszkadza zawsze.
1385— A nie? Jak mój przyjaciel jeden założył sklepik spożywczy, to mu się obok dwóch innych zaraz sprowadziło.
1386— Więc widzi pan sam. Uczciwość, PieniądzNie mówię w tej chwili o sobie, ale ilu to jest uczciwych dlatego tylko, że się boją.
1387 1388— Człowiek go się pyta: „cobyś zrobił, gdybyś znalazł na ulicy tysiąc rubli w akcjach?” — „Oddałbym natychmiast” — odpowiada bez wahania. — „A gdybyś pan znalazł pięć tysięcy rubli w papierkach sturublowych?” — „Oddałbym, rozumie się” — mówi smutnie; a w duchu myśli: „bo może właściciel pamiętał numery i zrobił zastrzeżenie”. — „A gdybyś tak znalazł 10,000 i w złocie?” — A ów poczciwiec na pewno odpowie: „co tu gadać o nieprawdopodobieństwach?” — „No, ale przypuśćmy jednak…” — Uczciwiec poczuje, że mu pot na czole osiada gęsto — i milczy.
1389Uszliśmy już kawał drogi. W dali poczęła majaczyć latarnia. Mój towarzysz tak był zajęty rozmową, że zdawał się nie zauważyć, iż mam na sobie względnie przyzwoite palto i całe buty.
1390Nauka, Podstęp, Korzyść— Powiem nawet więcej. Złodzieje niezaprzeczenie sprawiają ludziom cokolwiek przykrości, choć od braku zegarka nikt nie umarł, a w wyjątkowych tylko wypadkach strata portmonetki czyni niepowetowaną lukę w budżecie danej rodziny. Jednakże przynoszą oni i dużą korzyść, oddają niezaprzeczone usługi.
1391— Sie rozumi — potwierdził mój towarzysz. — No, gadaj, brachu, jaki to my pożytek przynosimy?
1392— Uczycie ludzi uwagi, zastanowienia, pilniejszego strzeżenia i większego poszanowania swego dobra. Gdyby nie wy, człowiek chodziłby w tłumie zamyślony i narażony byłby na przejechanie, podeptanie, lub inne nie mniej ciężkie obrażenia. Zostawiałby mieszkanie otwarte, co mogłoby ujemnie oddziałać na moralność kobiet. Wreszcie cały przemysł ślusarski, wielkie fabryki kas, zamków, ostrzegaczy — nie istniałyby wcale.
1393W tej chwili zatrzymaliśmy się w odległości kilkunastu kroków od posterunku policyjnego.
1394— Cóż? odprowadzi mnie pan dalej? — zagadnąłem go nagle.
1395 1396Spojrzał z żalem na moje palto, podejrzliwie zmierzył objętość moich kieszeni i rzekł na poły ze smutkiem, na poły z podziwem.
1397— Ej, cygan z ciebie brachu. Ale niech tam!
1398I znikł w cieniu odludnego zakątka.
1399A dla mnie jasnym się stało, że nawet łotr spod najciemniejszej gwiazdy pragnie czuć się usprawiedliwionym ze swych najbardziej łotrowskich postępków, że usprawiedliwia się zawsze myślą, iż są łotry spod jeszcze ciemniejszych gwiazd na szerokim świecie, że wreszcie gotów jest nie wyciągnąć ci zegarka, byleś umiał weń wmówić, że obrzydlistwa jego czynów nie dostrzegasz lub je usprawiedliwiasz.
Posada
1400Od czterech miesięcy nie miałem posady.
1401— A co mnie to może obchodzić? — zapyta obojętny czytelnik.
1402Praca, Rozpacz, RozczarowanieWiem, że ten tylko współczuć może ze mną po przeczytaniu tego wyznania, kto w rok po ślubie był ojcem dwojga dzieci — bliźniąt (całe szczęście, że nie trojaczków); kto sprzedał wszystko, co, nie będąc drogą pamiątką, posiadało pewną wartość; kto w życiu swoim zmuszony był ze sto razy zawołać w biurze stręczenia posad: „złodzieje jesteście, bierzecie pieniądze, a nie dajecie żadnej gwarancji, że po zapisie klient wasz otrzyma jakąkolwiek, najmarniejszą choćby posadę”; komu odpowiadano w podobnym biurze: „proszę się uspokoić, bo poproszę pana o usunięcie się z naszego biura”; kto odpowiadał: „to nie biuro, tylko jaskinia, nora, pieczara”; do kogo wreszcie zbliżał się szwajcar i mówił: „proszę, niech pan będzie łaskaw wyjść”. Ten tylko współczuć ze mną może, kto codziennie trzy godziny wystawał przed szafką kuriera, notował adresy, aby potem piętnaście razy słyszeć: „już zajęte miejsce”, albo „będziesz pan otrzymywał sto rubli rocznie, jeżeli znasz siedm języków europejskich, trzy azjatyckie i dwa afrykańskie, jeżeli posiadasz pan stenografię, buchalterię podwójną z haczykami, albo potrójną z kruczkami itd.”. Ten tylko współczuć ze mną może, kto przeklął po trzykroć, czterykroć wszystkie lombardy, kantory mamek[131], biura komisowe, tanie kuchnie, wszystkie te instytucje, które udzielają pożyczek z „zapewnieniami, poręczeniami i zabezpieczeniami”, kto powiedział sobie „nie ma na świecie przyjaźni; nie ma przysług, dobroci, nic, tylko wilki”.
1403Tak właśnie ja mówiłem i już miałem zamiar założyć coś „na własną rękę”, na przykład biuro stręczenia posad, już nawet maczałem pióro w kałamarzu, aby zacząć pisać podanie, gdy wpadł do mego pokoiku Władek rozpromieniony, z butelką w ręku.
1404 1405— Ciszej do licha, bo dzieciaki pobudzisz.
1406 1407 1408— Ci-cho! — syknęła mamka[132] dwojga bliźniąt.
1409— Więc widzisz, rzecz się tak przedstawia, mam dla ciebie posadę.
1410— Cieszy mnie to — odparłem niechętnie.
1411Poczciwy Władek jeden tylko szczerze zajmował się moim losem, poza godzinami pracy biegał z wywieszonym językiem po mieście, każdemu opowiadał o „fatalnym położeniu swego przyjaciela ze szkolnej ławy”, i regularnie co dwa dni wpadał do mnie z krzykiem:
1412— Mam dla ciebie świetną posadę: 1500 rocznie, mieszkanie, opał, światło. Mówię ci: cud.
1413Rezultat był taki, że budził mi dzieci, a nas wyprowadzał z równowagi i pogrążał w jeszcze większe zniechęcenie. Z początku rzucałem mu się na szyję, potem tylko dziękowałem serdecznie, potem mówiłem:
1414 1415A dziś oto miałem serdeczną chęć powiedzieć:
1416— Idź sobie do diabła, mój kochany, i nie budź bachorów.
1417Bo wszystkie sto dwadzieścia rekomendacji Władka na diabła się nawet nie zdały.
1418— Ja wiem, że ty mi nie wierzysz — odparł smutnie — ale zobaczysz, przekonasz się.
1419Rozwinął butelkę z papieru, poprosił o grajcarek[133]. Otworzył. Poprosił o kieliszek, a ponieważ kieliszka nie miałem, wziął szklankę i do połowy napełnił wódką, zwaną monopolem.
1420 1421 1422 1423— Władek, nie drażnij mnie! — krzyknąłem wściekły.
1424— Błagam cię, pij; przysięgam ci na wszystko, co mi święte, że od tego zależy przyszłość twojej rodziny.
1425 1426 1427 1428— Zobaczysz: słuchaj, przecież znasz mnie, wiesz, że ci jestem życzliwy.
1429— Dobrze więc, niech się upiję: może pijacy mają słuszność, że piją, kiedy życie takie marne.
1430Duszkiem wychyliłem szklankę, aż mi łzy z oczu popłynęły.
1431— Doskonale! — uściskał mnie, wycałował, jakbym nie wiem co mądrego zrobił. — A teraz ubieraj się. Weź to stare palto i podarte buty, i chodź.
1432Żona z załamanymi rękami patrzała na całą scenę.
1433Wyszliśmy. Wyglądałem strasznie w spadających z nóg butach, podartych spodniach, pogniecionym kapeluszu.
1434Władek skinął na dorożkę. Wsiedliśmy.
1435 1436 1437 1438Po kilku minutach jazdy zatrzymaliśmy się przed ogromnym gmachem, weszliśmy po wysokich marmurowych schodach na piętro, nie pamiętam które, potem coś jeszcze było, czego nie pamiętam, potem usiadłem na fotelu miękkim i jak przez sen słyszałem, że Władek opowiadał:
1439— Oto jest, panie dyrektorze. Wyciągnąłem go z szynku, gdzie pił z koleżkami. Niech pan patrzy, panie dyrektorze, co to nieszczęścia z człowieka mogą zrobić. Jeszcze tydzień, dwa, takiego życia, toć to będzie już człowiek zgubiony bezpowrotnie. On ma żonę, dzieci!
1440 1441— Ja nie jestem pijak — zawołałem, wstając nagle — ja mam żonę i dzieci.
1442 1443— Ależ, panie — uspakajał[134] mnie dyrektor — toż pan Władysław przedstawił mi pana papiery i rekomendacje. Ale jak człowiek inteligentny, rozumny, może się tak zapomnieć?
1444— To kłamstwo! — próbowałem się bronić.
1445— Jak to, pan, mężczyzna, zamiast stanąć w obronie zagrożonej rodziny — pan zaczyna pić? Przecież to straszne, karygodne.
1446 1447— Ależ wiem, że ten nałóg straszny opanował pana niedawno, wskutek nieszczęść, które na pana spadły. Ale to może przejść w stan chroniczny.
1448— Ja nie piję! — zawołałem z rozpaczą, pragnąc wyjaśnić dyrektorowi, że winien jest wszystkiemu Władek, ale język mi się plątał i słowa wypowiedzieć więcej nie mogłem.
1449— Patrz pan, jak pan wyglądasz, przecież pan ma dzieci!
1450 1451— Więc dobrze, przyjmuję pana; pojutrze może pański przyjaciel objąć posadę — zwrócił się do Władka — warunki wiadome. Ale gdyby się okazało, że nałóg tak się już zakorzenił, że ten pan zapanować nad nim nie może, to będę zmuszony, acz z przykrością, usunąć go po miesiącu.
1452Wyszliśmy. Siedliśmy do dorożki. Co potem było, nie pamiętam wcale…
1453Kiedym się obudził z bólem głowy, słońce było już wysoko. Nad łóżkiem stał Władek.
1454 1455 1456Żona dała mi herbatę z cytryną.
1457— Jutro o dziewiątej idziesz na posadę.
1458 1459— Razem ze mną, w tym samym wydziale. 1200 rubli na początek i gratyfikacja.
1460 1461— Powiedz mi, co to wszystko miało znaczyć?
1462Theatrum mundi, Pozory, Pomoc— Widzisz, rzecz się ma tak: na to miejsce było dwunastu kandydatów, każdy z nich miał większą lub mniejszą protekcję. Ty miałeś między nimi zginąć bez protekcji. Otóż postarałem się wysunąć ciebie na pierwszy plan, wyzyskawszy jednę[135] ze słabostek ludzkich. Widzisz, taki nasz dyrektor pojęcia nie ma o nędzy, zna ją z powieści i teatru. Więc powiedzieć mu, że ktoś ma żonę i dwoje dzieci i nie ma posady, to on to puści mimo ucha. „Co dwoje dzieci? z dwojgiem dzieci każdy może sobie poradzić; gdyby choć miał piętnaścioro…” I oddałby posadę jednemu z protegowanych. Ale kiedym mu sprowadził[136] ciebie i powiedział: „rozpił się z nieszczęścia'', to było efektowne, sumienie go ruszyło. — I dodał cicho: — Ludzie nie są tak źli, jak głupi. Rozumiesz?
1463Zrozumiałem to lepiej jeszcze.
1464Dyrektor co tydzień zbliżał się do mego stolika, wypytywał, czy mnie „nie ciągnie” do szynku. Nie kłamałem, mówiąc, że „wstręt czuję do wódki”, bo tak jest w samej rzeczy i tak było zawsze.
1465 14661) Nieszczęście ludzkie tylko wtedy wzrusza, kiedy pachnie teatrem, dramatem, a ciche niedole przechodzą mimo uszu.
14672) Ludzie okropnie lubią poprawiać, podnosić, a mniej znacznie — chronić od upadku.
14683) Ludzie lubią efekty, hm! jak dzieci, bo nie są może tyle źli, ile… nie lubią myśleć.
1469Bądź co bądź, mam posadę, a dyrektor jest bardzo zadowolony, że wyrwał z otchłani zdolnego człowieka, który byłby zginął.
Koniec świata
1470W pewnej cukierni pan Adam — polityk, pożeracz depesz[137] — rzekł do pana Feliksa:
1471— Patrz pan: ciekawa wiadomość!
1472Po czym nasunął na oczy okulary i odczytał:
1473„Londyn. Telegram własny. Sekcja statystyczna magistratu miasta Londynu zanotowała, że na 3714 urodzeń w ubiegłym tygodniu nie było ani jednego noworodka płci pięknej”.
1474— To znaczy, że nie było ani jednej dziewczyny, tylko same chłopaki — wyjaśnił.
1475— Hm, to ciekawe — potwierdził pan Feliks.
1476Gdy dnia następnego podobne wiadomości spłynęły po drutach telegraficznych z Wiednia, Berlina i Paryża — zainteresowanie ciekawym wypadkiem wzrosło.
1477Wiadomość z rubryki depesz przedostała się do rubryki „ze świata”, pod nagłówkiem: „Tydzień chłopców”, gdzie dowcipny referent tego działu — pisał:
1478„Więc widmo staropanieństwa, dzięki łaskawości nieba, nie będzie w przyszłości groziło szykownym paryżankom, rozanielonym berlinkom, walcowatym wiedenkom i energicznym londyniankom”.
1479 1480Gdy zaś dnia dziesiątego po ukazaniu się pierwszej wiadomości z Londynu jeden z zabiegliwszych[138] dziennikarzy wykrył wypadkiem, że i w Warszawie od dni siedemnastu rodzą się sami chłopcy, wiadomość stała się wypadkiem dnia.
1481Śmiechu było dużo. Humoryści, wierszykarze, kupleciści, rysownicy — w ciągu kilku dni tak wyzyskiwali komiczną stronę sprawy, że stała się wreszcie bardzo nudną, jakkolwiek nie przestawała bawić szerokich mas ludności.
1482Rozeszła się nawet pogłoska, że pewien marny aktor, natomiast lichy komediopisarz, pisze komedię na wiadomy temat. Powodzenie było zapewnione.
1483Brakło dokładnych wiadomości, jak sprawa się przedstawia w miastach, gdzie niemieckie pisma — dostawcy naszych prywatnych depesz — nie mają korespondentów. Jednakże „klęska chłopięca dotknęła Rzym, New York, Kopenhagę, Madryt i wiele innych miast”.
1484Fakt ten nie ulegał wątpliwości.
1485Wtedy właśnie, kiedy Morozowicz[139] zbierał zasłużone oklaski za śpiewkę: „Nie ma kobiet”, ilustrowaną najwspanialszymi ruchami, ściśle do treści słów zastosowanymi — wtedy właśnie w Berlinie ukazało się pierwsze dwutomowe dzieło naukowe, napisane zbiorowymi siłami stu czterdziestu uczonych, a dążące do wyświetlenia zawiłego zjawiska.
1486Szereg najsprzeczniejszych, już nie tylko teorii i dowodzeń naukowych, ale nawet danych faktycznych, dziwaczność wywodów i chwiejność poglądów — wszystko to przekonywało, że uczeni przyłapani zostali znienacka, że sami jasno sprawy sobie zdać jeszcze nie mogą z niebywałego w dziejach ludzkości — wypadku.
1487Anglicy znacznym nakładem gotówki wysłali dwadzieścia naukowych komisji do różnych części świata, by zbierać dane co do „jakości” urodzeń w najbardziej zapadłych kątach globu.
1488Francuzi wyasygnowali dwa miliony franków dla matki, która pierwsza wyda na świat dziecko płci żeńskiej.
1489Po dwóch miesiącach, które ostatecznie stwierdziły ciągłość i ogólność katastrofy (gdyż za granicą tym mianem zaczęto nazywać teraz wypadek), zaniepokojenie wzrosło bardzo silnie. Przekonano się bowiem, że i wśród zwierząt zjawisko to występuje w całej rozciągłości.
1490W Warszawie cieszył się wówczas ogromną popularnością obraz, wystawiony w Zachęcie, o treści zaczerpniętej z bieżących wypadków — coś w rodzaju apoteozy kobiety, bo dokładnie nie pamiętam.
1491Wśród teorii, walczących zajadle, trudno się było na razie dokładnie rozpatrzeć. Jednakże dwa kierunki silnie się zaznaczyły: teologiczny i naukowy, a te znów rozpadły się na cały szereg niezliczony odłamów.
1492Kobieta, Katastrofa, Tajemnica„Jest to kara za grzechy!” — wołali jedni.
1493„To być nie może — twierdzili inni — podobny koniec świata nie jest przewidziany”.
1494„Jest to zemsta natury nad egoizmem samców — rozlegał się donośny głos z obozu emancypantek. — Czyż nie wy, mężczyźni, trzymacie nas w niewoli, krzywdzicie i poniżacie? Czyż widzieliście w nas kiedy człowieka, czy rozumieliście powagę naszego stanowiska w społeczeństwie?”
1495Pewien astronom dowodził stanowczo, że fakt rodzenia się samych chłopców jest w związku z oddaleniem się ziemi od pewnej komety, i że za trzy lata wszystko skończy się szczęśliwie. A jeden z embriologów przypuszczenie to dopełnił hipotezą, że komety mogą wpływać drogą przyciągania na obieg krwi w organizmie kobiecym, co wpływa na taki, a nie inny rozwój płodu.
1496Stanowczo sprzeciwiali się temu twierdzeniu stronnicy zwyrodnienia. „Nie należy w żadnym razie oczekiwać szczęśliwego zakończenia katastrofy”. Natura wyczerpała się i tworzy mniej doskonałe organizacje.
1497I z tej teorii drwiono niemiłosiernie. Po pierwsze, dlaczego to kobiety mają być wyższymi organizacjami? A po drugie, proces odbywałby się stopniowo, a nie tak nagle.
1498Liczni uczeni znajdowali specjalne bakterie, które jakoby były powodem zaburzenia. Szczepienia dawały wyniki dodatnie, co jednak nikogo nie przekonywało, gdyż niezależnie od szczepień, i tak rodzili się tylko chłopcy.
1499Historycy znaleźli podobno jakiś wiersz w dziewiątej pieśni Iliady, który w związku z jakimś urywkiem z Herodota i maksymą Konfucjusza — miał niezbicie dowodzić, że ludzkość raz już okres podobny przeżywała.
1500Nie będę wspominał o różnych teoriach kabalistycznych, frenologicznych[140], magnetycznych[141] i innych. Dość powiedzieć, że znaleźli się w Krakowie stronnicy teorii, jakoby „44” miało oznaczać dwoje bliźniąt — dziewcząt, które miały się urodzić w Galicji i dać początek nowej ludzkości.
1501Już następnego roku nowa nauka, „pedologia”[142], wprowadzoną[143] została do wszystkich wszechnic, a sam skrót nowej nauki zawierał trzydzieści siedm pisanych na maszynie arkuszy.
1502Naprężenie było ogólne. Donośnym echem rozeszła się po świecie wiadomość o bójce, stoczonej przez przedstawicieli dwóch kierunków w młodej i obiecującej nauce. Nic dziwnego: wobec bezprzykładnego rozdrażnienia, fakt podobny zupełnie był zrozumiały i usprawiedliwiony.
1503Na początku drugiego roku ukazała się i w Warszawie broszura dwudziestokopiejkowa, napisana przez jednego ze znanych higienistów, działacza i lekarza. Prócz tego, dwanaście zbiorków poezji, sonetów, nowel, z których jedna tłumaczona była na język czeski. Wreszcie odbył się i odczyt na cel dobroczynny — na temat ostatnich wypadków.
1504 1505Co się zaś tyczy życia społecznego, to już na początku trzeciego roku trwania katastrofy — zauważyć można było wpływ silny nowego zjawiska.
1506Liczba urodzin w ciągu pierwszych dwóch lat olbrzymio wzrosła, a liczba noworodków martwych nieskończenie zmalała. Nic dziwnego: milionowe i miliardowe zapisy budziły niezdrowe apetyty, a opieka i pomoc lekarska były bez zarzutu. Każdy bowiem lekarz gorąco wierzył, że on to będzie zwiastunem szczęśliwej nowiny.
1507Rozeszła się wprawdzie raz pogłoska, że żona stajennego w folwarku Durniewo — powiła córkę. Wyjechało wielu korespondentów z różnych stron świata; nawet z Warszawy wyruszył w drogę jeden korespondent z fotografem, jednakże wieść okazała się fałszywą, a redakcja omal że nie została rozniesiona przez rozgoryczoną ludność miasta.
1508Stosunek mężczyzn względem kobiet zmienił się do gruntu: stał się poważny i głęboki. Wielka tajemnica, niebywała zagadka, tajemnicze pytanie — wszystko to nakazywało szacunek i obawę. Już w czwartym roku wszystkie prawodawstwa jednogłośnie zabroniły wyzyskiwać pracę kobiet; każde przestępstwo względem kobiety było surowo karane.
1509Życie polityczne w ciągu pierwszych lat sześciu nie uległo wyraźnej zmianie. Pisano i o nowych rynkach zbytu, i o polityce kolonialnej, parlamenty radziły po dawnemu nad różnymi sprawami. Liczne apteki wśród huku reklamy puszczały coraz to nowe środki niezawodne, mające zapewnić rodzenie się dziewcząt.
1510Środki te polecane były przez licznych zagranicznych profesorów, a jako nieszkodliwe — dopuszczone zostały do sprzedaży i u nas. Kupowano je chętnie, przyjmowali je na przemian to mężczyźni, to kobiety — naturalnie bezskutecznie.
1511Nieco później jednak wpływ nowych wypadków stał się wybitniejszy. Niższe klasy szkół dla dziewcząt zostały zamknięte. Wyginęło wiele gatunków owadów i ptaków. Po okresie podniecenia nastąpił okres przygnębienia. Obliczono, że ród ludzki istnieć będzie najwyżej lat sto. Nie tracono jednak wiary, że wszystko skończy się szczęśliwie, że równie nagle rozejdzie się wiadomość, iż na nowo rodzić się zaczęły i dziewczęta.
1512 1513Najboleśniejszym dla dumy ludzkiej był fakt, że wytężona praca najznakomitszych umysłów nie tylko nie znalazła środka, który by zapobiegł strasznemu kataklizmowi, ale nawet nie znalazła mniej lub więcej prawdopodobnej przyczyny. Nowa nauka — pedologia — rozpadła się na dwanaście gałęzi, których wykład rozciągnął się na cztery lata.
1514Dalej przygnębienie przeszło w drugi okres rozdrażnienia. Bogacze na współkę z synami starali się stracić majątki, których nie mieli nadziei zostawić przyszłym pokoleniom. Pracować przestała pewna część ludzkości, bo nie było celu się trudzić. O wojnach nikt nie myślał, a armaty i naboje kupowali ludzie prywatni, posiadający dorastające córki, gdyż mówiono powszechnie o spodziewanych zaburzeniach, napadach i wojnach domowych.
1515Religijność mas na ogół wzrosła.
1516Pisma podawały teraz codzienną tabelę urodzeń w wybitniejszych punktach globu. Liczba urodzeń zmniejszyła się.
1517Dziwnie wyglądały ulice wielkich miast, gdzie najmłodsze pokolenie składało się wyłącznie z chłopców. Dodawać nie trzeba, że krawcy robili ubranka wyłącznie dla chłopców, jakkolwiek niektórzy wystawiali dla reklamy sukienki, które jednakże policja nakazała usunąć, aby nie drażnić nieszczęśliwych mieszkańców miast.
1518 1519Koniec świata, LiteratPragnąłbym opowiedzieć dokładnie, jak powoli, pod wpływem klęski — przeobrażała się ludzkość, jak stopniowo wymierały ostatnie kobiety, jaki wreszcie był bieg myśli owych ostatnich z najdoskonalszych. Jest to temat ładny, z którego Wells[144] ułożyłby obszerną powieść i za otrzymane honorarium kupiłby sobie domek przy ulicy Tarczyńskiej.
1520Pragnąłbym opowiedzieć, jak świat roślinny, uwolniony z żelaznych uścisków opieki ludzkiej, począł się pysznie rozrastać i doskonalić, jak drogą ewolucji wytworzył nowe społeczeństwo roślinne z jego odrębną cywilizacją. Miałbym temat do wielu pięknych obrazów, mądrych uwag i psychologicznych dociekań.
1521Zasługa
1522Przez lat piętnaście byłem cichym pracownikiem jednej z poważnych instytucji — z pensją czterdziestu, a potem pięćdziesięciu rubli miesięcznie. KalekaOd urodzenia byłem kaleką: nie miałem sprytu. Rozumiałem, że kalece niewiele się od życia należy, toteż byłem skromny: marnie mieszkałem, licho się ubierałem, ożeniłem się z brzydką, bez posagu, anemiczną panienką, pracowałem wiele, paliłem szwarcowane[145] papierosy po trzydzieści pięć kop.[146] za setkę i miałem jedno dziecko.
1523I stało się, że biuro nasze otrzymało nowego dyrektora.
1524StrachDrżałem, jak drży listek — by nie być usuniętym z zajmowanego stanowiska: bo nowy dyrektor począł zaprowadzać nowe porządki. A gdy wezwano i mnie z kolei do jego gabinetu, stałem się tak blady, jak działalność komitetu, czuwającego na straży cen węgli[147] kamiennych.
1525— Panie — rzekł dyrektor — rozpatrzywszy się w składzie biura, doszedłem do wniosku, że jesteś pan wyzyskiwany, od dziś otrzymywać pan będzie sto dwadzieścia rubli miesięcznie. A oto pański awans.
1526Gdybym się nagle dowiedział, że Melcer[148] został zaangażowany na szereg gościnnych występów do Filharmonii, lub towarzystwo muzyczne zaczęło wydawać dziennik, poświęcony grze na flecie — nie przeraziłbym się tak srodze i nie zdziwił.
1527— Dziękuję — szepnąłem cicho i chwiejąc się, jak byt naszych pism naukowych, wyszedłem z gabinetu dyrektora.
1528O chaosie, jaki powstał w mej głowie, słabe mieć może wyobrażenie jeden tylko Nowaczyński[149], autor Małpiego zwierciadła.
1529— Co się w tym może ukrywać? — po sto razy zadawałem sobie pytanie. — Co on chce ze mną zrobić?
1530Na szczęście przypomniałem sobie, że w jakiejś powieści dyrektor faworyzuje pracownika, zdradzając go z żoną. Zacząłem więc śledzić żonę: jej gesty, uśmiechy, pocałunki. Zadawałem jej dwuznaczne pytania. Nie spuszczałem też oka i z pana dyrektora. Starałem się przeniknąć, czy znali się poprzednio, czy nie pochodzą z jednych stron wypadkiem?
1531PatriotaPo miesiącu bezskutecznych poszukiwań, doszedłem do niezbitego wniosku, że „nie tu pies zakopany”, jak mówią Niemcy w zdaniu, którego tu w oryginale nie przytoczę w myśl bojkotu handlu germańskiego i nauki. Podobnie robią kupcy, kładąc na niemieckich wyrobach stempel: Paris, London lub Honolulu, byle nie Berlin; boć[150] stempla: Warszawa — położyć również nie wypada.
1532— Gdzież się więc kryje tajemnica?
1533Brnąc dalej w fantastycznych urojeniach, przeszedłem od niemożliwego, że dyrektor ugania się za moją brzydką żoną — do jeszcze mniej prawdopodobnego przypuszczenia. I w tym podobny byłem do pewnego grona ludzi, stawiających coraz to nowe fantastyczne wnioski w sprawie higieny, która, jak wiadomo, jest kwiatem, że się tak wyrażę — ekonomicznego bytu narodu.
1534 1535— Zapewne jakiś milionowy krewny zapisał mi cały majątek. Dyrektor wie o tym i chce mnie dobrze ku swej osobie usposobić.
1536Wolne od zajęć biurowych godziny poświęcałem teraz szperaniu w ogłoszeniach o wakujących spadkach, zasięgałem informacji w biurach zagranicznych, nachodziłem adwokatów i rejentów.
1537 1538Pomyślałem wówczas, że dyrektor pragnie uczynić mnie wspólnikiem jakiegoś wielkiego oszustwa. Że też najprostsza myśl najpóźniej zawsze przychodzi człowiekowi do głowy. Może dlatego wcześniej zyskała Warszawa drewniane bruki, europejskie cukiernie i kobiety-ajentki, niż możliwe pomieszczenia dla szkół początkowych[151].
1539— Tak jest — rzekłem — pan dyrektor obrał sobie moją osobę za wygodny parawan, poza którym będzie przeprowadzał swe nieczyste sprawy. Potem całą winę zwali na mnie, i ja pójdę do kozy… Ale nic z tego. Nie mnie starego wróbla brać na premia bezpłatne lub wydawnictwa, bardzo kosztowne dla cudzych, a za psie pieniądze, prawie za darmo — dla prenumeratorów… W sam czas się spostrzegłem.
1540Wszystkie dostępne mi księgi po sto razy przeglądałem. Sprawdzałem podpisy, sumowałem kolumny od góry do dołu i odwrotnie, odczytywałem kwitariusze, przepisywałem ukradkiem ważniejsze dokumenty.
1541Po raz drugi wezwany zostałem do gabinetu.
1542Tym razem wszedłem śmiało, z podniesioną głową. Byłem przygotowany do walki na śmierć i życie.
1543— Okazuje się, że przeczucie mnie nie omyliło — rzekł dyrektor miękkim głosem. — Podwyżka zachęciła pana do tym usilniejszej pracy. Prawdziwie wzorową nazwać mogę pańską sumienność, akuratność i porządek. Podwyższam więc panu pensję do stu pięćdziesięciu rubli.
1544Teraz już najdrobniejszy cień wątpliwości nie oszarzał promienności mych podejrzeń. Ale gdzież się kryje tajemnica, na czym polega cała malwersacja? Czułem się wplątanym w niewidzialną sieć wielkiej intrygi.
1545— Choćbym był niewinnym[152], jak rzeźnicy warszawscy, nikt mi nie uwierzy: te dwie nagłe podwyżki w tak krótkim czasie — będą przeciw mnie świadczyły.
1546 1547A ona? — moja żona ogromnie się ucieszyła i nie rozumiała mej rozpaczy. Już to kobiety nigdy nie odznaczały się zdolnościami w przewidywaniach przyszłości, i dlatego może wśród kobiet wyłącznie znajdujemy kabalarki i matki, którym się zdaje, że ich synowie aż do ślubu wierzyć będą w bajkę o bocianach. I dlatego zapewne trupie główki, zwane przez grzeczność ćmami nocnymi — takie zbierają żerowisko z sił, zdrowia i pieniędzy młodzieży… ale to już stanowczo jest za poważne.
1548Wpadłem tedy w czarną rozpacz.
1549— Co mam czynić, by uniknąć nieszczęścia, ochronić niewinne dziecko moje i bezbronną kobietę od niesławy?
1550Postanowiłem rozmówić się z dyrektorem. Zaskoczę go znienacka i wydobędę całą nagą prawdę.
1551 1552— Panie dyrektorze — rzekłem bez drżenia w głosie. — Czemu pan mnie wybrałeś, jako ofiarę swą? Czy dlatego, że byłem cichy, że nie wchodziłem w drogę nikomu, że pracowałem, jak wół, za marne wynagrodzenie? Nie, panie dyrektorze, choćbym nawet wiedział, że to się nie wyda, choćbym dostawał jeszcze wyższą pensję — ja się na to nie zgodzę… Nigdy, przenigdy!
1553Nikczemnik chciał pokryć udanym zdziwieniem swe zakłopotanie.
1554— Ja nie rozumiem pana — rzekł. — Więc pan mnie posądzasz?
1555 1556— Gdzie… jak… Na jakiej podstawie?
1557 1558— Na jakiej podstawie? Na tej, że mi pan podwyższył pensję z 50 rubli do 150, jakkolwiek nie mam żadnej protekcji.
1559Teraz on śmiać się zaczął, ale potem spoważniał nagle:
1560— Żal mi pana serdecznie. Więc życie uczyniło pana tak nieufnym? Więc pan nie wierzy, by ktoś mógł wynagrodzić prawdziwą zasługę?
1561Czy mnie przekonał? — Nie! — Niby to był szczery, ale czy człowiek wykształcony nie umie udawać? — Może w ten sposób chciał rozwiać moje wątpliwości?
1562Przez kilka następnych miesięcy nic podejrzanego w działalności nowego dyrektora nie zauważyłem, jednakże czułem niechęć ku niewyraźnemu, podejrzanemu człowiekowi i, skorzystawszy z pierwszej nadarzającej się sposobności, przyjąłem posadę w innym biurze, z pensją sześćdziesięciu rubli miesięcznie.
1563Teraz przynajmniej odzyskałem spokój, sen i apetyt.
Powołanie
1564 1565— Pan Władysław jest adwokatem, pan Piotr jest chemikiem, pan Kazimierz jest nauczycielem, pan Jan jest lekarzem.
1566Powinno się zaś mówić w znakomitej większości wypadków:
1567— Okoliczności życiowe zrobiły pana Władysława adwokatem; okoliczności życiowe uczyniły pana Piotra chemikiem; wskutek zbiegu okoliczności życiowych pan Kazimierz stał się nauczycielem itd.
1568Niby to jest jedno i to samo, a przecież nie. I zaraz sprawę tę należycie wyświetlę…
1569Nie wiem, czym jesteś, czytelniku, przypuśćmy jednakże, że jesteś, a raczej uważasz się — za adwokata.
1570A teraz pomyśl, zastanów się i odpowiedz mi:
1571Czy ty musiałeś stać się adwokatem, i jakie okoliczności złożyły się na to, by zrobić z ciebie adwokata?
1572Czy nie mógłbyś tak samo zwać się dziś mianem telegrafisty, nauczyciela muzyki, przedsiębiorcy pogrzebowego, inspektora podatkowego, taksatora lombardu akcyjnego, dentysty, agronoma, hodowcy trufli lub wołów stepowych, akuszera, kontrolera tramwajowego, fabrykanta piwa, garbarza lub zarządzającego sklepem monopolowym lub hotelem?
1573Czy bez względu na stanowisko i zamożność rodziców, szerokość geograficzną i okoliczności życiowe — byłbyś się stał tym, czym jakoby jesteś?
1574Czy, gdybyś urodził się nad morzem w ubogiej rybackiej rodzinie, czy nie byłbyś teraz majtkiem, nie hasał po morzach w połowie za wielorybami, miast stawać w sądach, pisać pozwy, prośby, biegać po rejentach i komornikach?
1575LosCzy, gdyby ojciec twój miał sklepik spożywczy na rogu Tamki i Solca, lub warsztacik szewcki[153] przy ulicy Wroniej — czy wówczas nie byłbyś raczej właścicielem magli przy ulicy Nowogrodzkiej, kelnerem w restauracji lub monterem w fabryce żelaznej?
1576Czytelniku-doktorze! Gdyby mama twoja była w swoim czasie pierwszą naiwną na scenie Rozmaitości, czy nie skakałbyś teraz w balecie, zamiast opukiwać brzuchy, nie śpiewał: „Szumią jodły” — zamiast pisać „oleum ricini”?
1577— Czytelniku-literacie! Gdyby papa twój miał ongi farbiarnię, fabrykę pomadki do czyszczenia srebra lub zakład wód gazowych — czy nie byłbyś teraz panem chemikiem i preparował emskiej[154], sodowej i maści na odciski, zamiast pisać powieści lub artykuły?
1578Czy pod skwarnym niebem włoskim nie bylibyście raczej plantatorami ananasów, lub eksporterami pomarańczy i cytryn na daleką północ?
1579Gdybyście urodzili się w pobliżu kościoła, bylibyście może organistami; wychowani między kolejarzami — bylibyście dozorcami, naczelnikami stacji lub starszymi maszynistami pociągów pasażerskich…
1580Gdyby bezdzietna ciotka zapisała ci w swoim czasie dom przy ulicy Siennej, byłbyś może, panie kasjerze, fabrykantem samochodów, doktorem filozofii, lub krupierem w Monte-Carlo.
1581Więc tylko okoliczności życia uczyniły was tym, za co się uważacie, a nie — jesteście nimi w istocie…
1582Zaniosłem kiedyś do Szmula Igły moje palto.
1583— Co pan chce mieć z te dziurawe worek? — zapytał.
1584— Chcę, Szmulku, żebyś mi z niego zrobił nowe palto.
1585— Ny, ny — niech pan przyjdzie za trzy dni.
1586A oczy paliły mu się, jak głownie, gdy patrzał na dziury, naddarcia i płowiznę mego nieszczęsnego przyodziewku.
1587 1588— Oj, stało mi się nieszczęście — mówi Żyd (ale bardzo porządny człowiek) — ten Icek, ten łobuz, wziął pana palto do wytrzepania i zgubił.
1589— A to, czy nie moje palto? — pytam, spoglądając łakomie na wiszące na ścianie palto.
1590— Jak to: „moje”? Czy to palto jest podobne do pański odrapaniec? To przecież jest nowe całkiem.
1591— No, nie — rzekłem z rezygnacją — niepodobne, wcale niepodobne.
1592Blado-żółty Szmul zrobił się szmaragdowo-czerwony.
1593— No, to niech pan wie, że to jest właśnie pana palto. Tylko ja chciałem wiedzieć, czy pan pozna.
1594Pił każdą pochwałę, jak wino rodzynkowe.
1595— Widzi pan, tu, to ja dałem łatkę. A skąd ja wziąłem tę łatkę? Z kieszeni. No, a co ja zrobiłem z kieszenią? Ja wykroiłem kawałek z kołnierza. A co ja zrobiłem z kołnierzem? Ja znowu dałem łatkę z drugiej kieszeni. A co ja zrobiłem z drugą kieszenią? Ja ją zaszyłem. Przy całkiem nowe palto są dwie kieszenie, a pan będzie miał jedną. Cooo?
1596Praca, NamiętnośćMówcie, co chcecie, w pracy tej było natchnienie, a w opowieści — zapał.
1597Bo Szmul Igła był łaciarzem. Bo gdyby Szmul Igła był się urodził w gorących piaskach Sahary, czy nad lodami Grenlandii, on byłby łaciarzem także. Gdyby ojciec Igły był bankierem, Igła byłby także łaciarzem: łatałby swoją heraldykę, łatałby swój brak obycia się w sferach arystokratycznych, łatałby swoją kiepską wymowę modnymi francuskimi zwrotami, ale by łatał. Bo jego nie okoliczności życia zrobiły łaciarzem, ale on nim był. Gdyby Szmulowi Igle powiedział ktoś: „Zrób mi garnitur frakowy” — on by z pogardą odrzekł: „Ja ze sztuki nie robię, ja ze sztuki nie chcę robić, bo ja nie jestem żaden Sandecki…”
1598Prawda, że trochę rozumiecie już, co mam na myśli.
1599Oto jeszcze jeden przykład — ten już nie z życia, lecz z wyobraźni:
1600Wyobraźcie sobie, że znakomity kompozytor Grieg, Paderewski, Reszke[155] lub Ibsen — ma syna.
1601— Czym chcesz być? — pyta ojciec Grieg, Reszke lub Ibsen syna swego.
1602 1603— Dziecko, zastanów się — powiada sławny ojciec. — Dzięki memu nazwisku, wpływom, majątkowi, możesz zupełnie inną zająć w świecie pozycję.
1604— Ojczulku, albo pozwolisz mi, bym został kominiarzem, albo rozpiję się i w łeb sobie strzelę.
1605KarieraI wyobraźcie sobie, że ojciec pozwala zostać synowi kominiarzem. Mam głębokie przeświadczenie, że ów młodzieniec stałby się jednym z najszczęśliwszych ludzi pod słońcem. Całą odziedziczoną po ojcu inteligencję włożyłby w czyszczenie kominów; wymyśliłby nowy gatunek mioteł, nowy sposób opuszczania się w kominy, wynalazłby specjalną materię na ubranie dla kominiarzy; urządziłby orkiestrę i resursę kominiarską, zostałby prezesem kasy dla wdów i sierot po kominiarzach, podniósłby kominiarstwo na całym obszarze ziemskiego globu; wielbiliby go koledzy, z czcią wspominali potomni.
1606Co by się jednak stało, gdyby młodzian, z wrzącymi w piersi jego ideałami kominiarskimi, uległ woli rodzica? Jeśliby został kompozytorem, chwalono by go półgębkiem, aż by ktoś śmielszej natury — nie wykrzyknął: „kominiarzem ci być raczej”. On szarpałby odzież na sobie w bezsilnym bólu, złamany, nieszczęśliwy. A ileż by czekało go zawodów, gdyby wstąpił na drogę finansową lub dyplomatyczną — po trzykroć, czterykroć nieszczęsny!…
1607Teraz już lepiej rozumiesz myśl moją, czytelniku: szczęśliwym i pożytecznym ten tylko być może, kto jest czymś, a nie — zrobionym został przez okoliczności.
1608Szczepanik[156] jest technikiem, Biegas[157] jest rzeźbiarzem, Bonaparte był oficerem, Virchow[158] (Saksończyk, a nie Prusak) był lekarzem.
1609Rozumiecie teraz już zupełnie, dlaczego razi mnie, gdy ktoś twierdzi, że jest tym lub owym, gdy pod biletem wizytowym, na szyldziku lub nekrologu znajduję napis: jest lub był tym i tym, przyjmuje lub przyjmował od tej godziny i bierze lub brał tyle i tyle, za to i owo.
1610 1611— Czym się szanowny pan zajmuje?
1612 1613— Okoliczności życiowe uwikłały mnie w matnię felietonową.
1614 1615 1616Zwracam się teraz do rodziców:
1617 1618Jeżeli macie małe dzieci, starajcie się dowiedzieć, czym chcą być, starajcie się rozwinąć w nich jakieś dążenie.
1619Dziecko, KarieraRodzice!
1620Jeżeli macie duże dzieci, nie przeszkadzajcie im w ich zamiarach.
1621Jeżeli wasz Janek od lat najmłodszych nie będzie leczył much, rybek złotych, kotów; jeżeli nie będzie krajał swych majteczek, karaluchów i książek; jeżeli ani razu nie zatruje grzybami, wilczymi jagodami lub innym specjałem swego młodszego rodzeństwa — nie pchajcie go na medycynę.
1622Jeżeli wasz Wacio nie broni przed karą swego pudla, siostrzyczki, służącej, która zbiła wazon pamiątkowy po ciotecznej babce — nie pozwólcie mu być obrońcą sądowym — tym bardziej, gdy jest prawdomówny.
1623Inaczej sobie i potomstwu waszemu nieszczęście zgotujecie!…
Nieszczęśliwi
1624Czego ty, chłopcze, tak źle wyglądasz? — zapytałem.
1625Westchnął, ziewnął, spojrzał na mnie ponuro i rzekł:
1626 1627 1628— Źle ci?… No proszę… Papa nie daje tyle, ileby synuś chciał, co?
1629— Myli się stryj; papa daje mi więcej, niż chcę — odparł.
1630— Więc może jakaś sprawa sercowa?… Zakochałeś się?
1631— Nie zakochałem się; nie zgadł stryj.
1632— Powiedz, nie obawiaj się… Jeżeli ci nie pomogę, to w każdym razie — nie zaszkodzę.
1633— Ależ nie: nie zakochałem się i nie zakocham nigdy i w nikim.
1634— Ho, ho. Aż tak? Może jesteś chory?
1635 1636— Więc może się nudzisz tylko?
1637 1638 1639— Pluję na karnawał… A czy się nudzę?… Wie stryj, że największym nieszczęściem jest to obrzydliwe, oślizgłe, zakurzone, brudne szczęście!
1640— Jak?… Jakeś powiedział?… Brudne szczęście?… Więc wplątałeś się w jakąś awanturę, i tego tam — wyrzuty sumienia… co?
1641Dekadent, Dusza, Sumienie— Stryj mnie nie rozumie; nikt mnie nie rozumie. Dla was dusza jest chustką do nosa, która może być brudna albo czysta, cała albo podarta, którą można smolić, prać, perfumować, gnieść, prasować i znaczyć „do tuzina”[159]. Wy dopiero wówczas poczniecie się zastanawiać nad moją jaźnią, gdy z roztrzaskaną czaszką i kulą, tkwiącą w zwojach potarganego mózgu, gdy z ociekającym krwią cielskiem, pod wasze stopy chłodne padnę bez życia.
1642— Moje dziecko. Powtórz no to jeszcze raz, tylko powoli. Może się jakoś połapię.
1643Roześmiał się, prawdopodobnie sarkastycznie, pochwycił czapkę, palto i uciekł…
1644Nałożyłem na nos okulary, potarłem wskazującym palcem łysinę i wziąłem się do pracy. Rzecz bajecznie ciekawa: wpływ azotu na utlenianie się komórek wątroby u pierwotniaków.
1645Nagle drzwi się otwierają z hałasem, i wpada moja ulubienica — milutkie, wesołe dziewczątko.
1646Oczki i nosek — czerwone, włosy potargane.
1647 1648— Stryju, ja już nie mogę. Mój drogi, mój złoty, poradź mi, bo się otruję…
1649— Bój się Boga, dziewczyno! A tobie znowu co się stało?
1650 1651— Nic mi się nie stało… Zupełnie mi się nic nie stało… A ja właśnie tak nie chcę… Ja właśnie chcę, żeby mi się coś stało… Ja właśnie tylko jeszcze żyję nadzieją, że mi się stanie jakieś nieszczęście, bo inaczej ja nie wytrzymam dłużej.
1652— Masz, diable, makagigę[160] — Ale co ci się ma stać, utrapiona dziewczyno?
1653— Wszystko jedno co, byle jakieś nieszczęście.
1654— Co ty pleciesz, co też ty pleciesz?
1655Szczęście, Bogactwo, Dekadent— Ja chcę być bez dachu, ja chcę być głodna, chcę spać na zgniłej słomie, jeść zgniłe ogórki, chodzić boso, być biedną, poniewieraną nauczycielką, być uwiedzioną, mieć suchoty, szyć za dziesiątkę na dzień, mieć ośmioro dzieci sierot, męża w szpitalu, i matkę-pijaczkę… Rozumie stryj?
1656— Rozumiem, wszystko rozumiem. Tylko przestań płakać, napij się wody i zdejm żakiet.
1657 1658— Stryj tak tylko mówi… Stryj myśli, że ja jestem głupia i nie wiem, co gadam… A ja wiem, co mówię.
1659 1660— Widzi stryj: rano wstaję i jem, potem czytam, gram i znowu jem, potem czytam i idę z wizytą albo gdzie, i znowu jem, a potem idę do teatru, albo gdzie, i znowu jem. I potem kładę się spać i śpię… I wszyscy są dla mnie tacy dobrzy, że się mało nie wścieknę ze złości… A jak zrobię awanturę, to oni są jeszcze lepsi, że już wytrzymać wcale nie mogę… Nazłoszczę się, nazłoszczę, a potem mama się pyta, czybym czego nie zjadła, a tatuś kupuje bilety na koncert, albo jakąś niespodziankę, albo coś… Ach, żeby już raz umrzeć i skończyć z tym wszystkim.
1661Zdjąłem okulary, podrapałem się wskazującym palcem w łysinę, i mówię:
1662— Moje dziecko, powinnaś iść do doktora.
1663A ona łap, cap! — wyleciała z pokoju, jak opętana…
1664Nie zdążyłem się jeszcze wykichać po zażytym niuchu tabaki, a tu ci wali do mojego gabinetu pani bratowa.
1665— Ciebie tylko mam — powiada — ale ty jesteś stary egoista, samolub. Poza twoją bibułą nic ciebie nie obchodzi, cały świat może ci się zawalić, aby ci tylko twoja bibuła nie uciekła. To jest brak uczuć rodzinnych. To jest egoizm. To jest samolubstwo. Ciebie nic nie obchodzi. Ty jesteś egoista.
1666Jak żyję, nic podobnego nie słyszałem.
1667 1668— Ja wiem. Ty nic nie wiesz, co się stało, bo to ciebie nie obchodzi, bo ty jesteś egoista. To jest samolubstwo.
1669— Moja pani — powiadam. — Jak mi przyjdzie jeden, drugi pędrak i gada od rzeczy, to mu się wybacza, bo młody. Ale żeby stateczna kobieta, matka dzieciom, tak jakoś bez sensu, to już do niczego nie podobne.
1670— Ja wiem; bo pan jest samolub. Pana nic nie obchodzi.
1671Podrapałem się wskazującym palcem w łysinę i nic już nie mówię.
1672No i co myślicie? — Może jej szło o córkę? — Nie. — Powiada tak:
1673— Że tam czasem pokaprysi, to nic ważnego. Panny przed zamążpójściem mają swój taki okres. Znajdzie porządnego człowieka, który ją będzie szanował i kochał, to się uspokoi… A syn — powiada — także nie mam mu nic do zarzucenia: nie karciarz, nie utracjusz…
1674 1675 1676— Znudziło mi się — powiada — gospodarstwo. Ciebie cały świat nie obchodzi, ciebie tylko bibuła obchodzi — powiada. — Wczoraj przypaliła mi się pieczeń — powiada. — Ty jesteś egoista. Froter zrobił mi — powiada — zawód. Antosia — powiada — stłukła przy sprzątaniu wazon. Ty jesteś samolub. Żebym ja nie pilnowała, toby cały dom się do góry nogami przewrócił. Ja wiem, że ciebie to wszystko nie obchodzi. Kurz można by było motykami kopać. Ty jesteś kawaler, to tobie wybaczą, ale mnie, toby obgadali, gdyby był nieporządek. A tu na obiad wczoraj się mąż spóźnił o kwadrans, i pieczeni nie można było ugryźć wcale… Ty jesteś egoista. Ja jestem śmieszna, że do ciebie przyszłam po radę. Ty zawsze byłeś samolubem.
1677 1678Włożyłem na nos okulary i już chciałem się podrapać w łysinę wskazującym palcem, gdy drzwi się otworzyły, i wszedł brat.
1679— No, choć teraz dowiem się czegoś nareszcie.
1680— Oooch — jęknął. — Oooooch, żeby piekło porwało to wszystko.
1681 1682— Bo nic. Powiadam ci, koniec świata.
1683 1684 1685I nuż rozwodzić się nad tym, że życie nic a nic niewarte, że majątek nie daje nic, ani szczęścia, ani nic, że nie warto było przez tyle lat pracować, mozolić się, oszczędzać, żeby potem, kiedy się już ma wszystko — nic nie mieć.
1686— Wiesz, czasem to bym wolał, żeby się te moje domy pozawalały, fabryka spaliła, a ogniotrwała kasa wyfrunęła przez komin. Przynajmniej miałbym jakieś kłopoty, miałbym o czym myśleć. A tu jak na złość wszystko mi idzie, jak chleb z masłem. Aż człowieka irytuje… Bo to jeden udaje, że go bawi polityka, a drugi udaje, że go bawią karty, a trzeci udaje, że go bawi zabawa, a naprawdę to oni chcą tylko oszukać się, żeby nie myśleć, że nie mają kłopotów… Wierzaj mi, że bez kłopotów człowiek może się na śmierć zanudzić.
1687— No, widzisz, a gdybyś ty tak wziął się do filantropii — to podobno dobra zabawa.
1688— Ba, kiedy nie wiem, jak się wziąć do tego.
1689— Mhm… Albo tak może do nauki — co?
1690 1691Ja się tam nie znam na tym, ale chyba są ludzie, którzy się znają na tym. Więc, kiedym zdjął okulary i stuknąłem się wskazującym palcem w łysinę, to przyszła mi taka myśl:
1692Może by jakie grono ludzi założyło towarzystwo opieki nad nieszczęśliwymi, którzy nie mają kłopotów.
1693Powiedziałbym nawet tak: żeby owo grono ludzi założyło szkołę miłości ludzi i nauki.
1694Ale to jakoś dziwnie brzmi w naszym dwudziestym stuleciu.
Po co?
1695A powiedz mi pan, panie Janie, dlaczego pan żyjesz?
1696Pan Jan spojrzał na mnie dziecięco-naiwnie.
1697 1698— Ślicznie. Mogłeś pan jednak umrzeć, mając rok, dwa, trzy, cztery lata…
1699 1700— Więc żyjesz pan nie tylko dlatego, żeś się urodził, ale i dlatego, żeś jeszcze nie umarł?
1701— Ano tak. Żyję dlatego, żem się urodził i jeszcze nie umarłem.
1702— Doskonale, a z jakiego powodu ludzie umierają?
1703 1704— Z różnych, powiadasz pan. Słusznie! Mogła pana piastunka upuścić na ziemię, mogły pana konie na śmierć przejechać, mogłeś pan się spalić benzyną, wylecieć oknem, mógł się nad panem sufit oberwać, pociąg wykoleić, mogłeś pan się zarazić błonicą, płonicą, tyfusem, ospą — wreszcie i od odry dzieci umierają.
1705 1706— Ano widzisz pan. Więc dlaczego pan nie umarłeś?
1707— Nie umarłem, bo mnie piastunka nie upuściła, konie nie przejechały, nie utonąłem w rzece, nie spaliłem się benzyną… Ale po co to?
1708— Zaraz zobaczymy… Dlaczego pana piastunka nie upuściła na ziemię?
1709— Widocznie była uważna i silna.
1710— Bez wątpienia. A te jej przymioty zależne były od bardzo wielu przyczyn: od dziedzicznie przekazanego jej charakteru wrodzonego i wpływów wychowawczych, którym ulegała aż do chwili, kiedy została pańską piastunką; od sił fizycznych, odziedziczonych od jej rodziców; od ilości i jakości pokarmów, które otrzymywała, aż do chwili, kiedy została pańską piastunką. Ale dlaczego ona była pana piastunką?
1711 1712— Bardzo trafna uwaga. Rodzice jej płacili, a więc mogli płacić, a więc mieli pieniądze. A na ten fakt, że rodzice pańscy mieli pieniądze, złożyło się znów bardzo wiele przyczyn.
1713— No tak, tak, ja rozumiem… Ale po co to?
1714— Teraz zechciej pan wyjaśnić, dlaczego pańska maszynka benzynowa nie eksplodowała nigdy?
1715— Umiałem się z nią obchodzić.
1716— Tak, nie można jednak zaprzeczyć, że przy największej nawet ostrożności stać się mogło nieszczęście.
1717 1718 1719Tu pan Jan spojrzał na mnie wzrokiem tak pełnym przerażenia, żem się aż zdziwił, i rzekł drżącym głosem:
1720— Czy pan w ten sam sposób chce rozważać wszystkie przyczyny, z powodu których konie mnie nie przejechały, sufit się nie oberwał, pociąg nie wykoleił?
1721 1722 1723Spojrzał na mnie błagalnie. Poczułem współczucie dla swej ofiary.
1724— Niech więc i tak będzie. Poprzestaniemy na tym, co już powiedziane. Musi mi pan jednak przyznać, że istnieje nieskończona ilość przyczyn, które złożyły się na to, że pan nie umarłeś.
1725— Zgadzam się: w rzeczy samej — nieskończona ilość.
1726— A pan rozumiesz, co znaczy: nieskończoność?
1727— Rozumiem. To znaczy: więcej niż sto.
1728 1729— Panie! Już mi się w głowie kręci.
1730 1731Pozwoliłem mu odpocząć trochę.
1732— A teraz powiedz mi pan, dlaczego pan się urodził?
1733— To przecież jasne: bo mój ojciec ożenił się z moją matką.
1734— I tylko? Przecież ojciec pana mógł się ożenić, a matka pańska mogła wyjść za mąż za kogoś innego?
1735 1736— Bo ojciec pana podobał się matce pańskiej i odwrotnie. Bo była ładna, zapewne zamożna, bo się z tych lub innych powodów spotkali po raz pierwszy, po raz drugi — zbliżyli ku sobie, zaprzyjaźnili. Tu wchodzi w grę i kolor włosów pana mamy, może krój sukni, ładny taniec, pośrednictwo innych osób, wyznanie, stanowisko, nazwisko, wąsy, wykształcenie.
1737— Ale po co to wszystko? Tak wszystko zaraz obmyśleć, zastanawiać się nad wszystkim…
1738— Więc pana nie zajmuje wcale zagadnienie tak ważne: dlaczego pan żyjesz?
1739— Owszem, zajmuje… No, więc kończ pan prędzej.
1740— Skończę, owszem. Rozpatrzmy tylko przyczyny, którym zawdzięczają swe istnienie: pański ojciec, panie Janie, i pańska matka.
1741— Ależ tak, to wcale końca nie będzie.
1742— Więc rozumie pan teraz, co znaczy nieskończoność?
1743— Rozumiem: dwie babki, ze strony ojca i matki, i dwaj dziadkowie, a potem już cztery prababki i czterej pradziadowie, potem po osiem prapradziadków i praprababek, potem trzydzieści dwa praprapr… Daj mi pan szklaneczkę wody.
1744— Służę panu, panie Janie… kochany panie Janie… To przejdzie.
1745 1746— Już skończyłem… Przejdziemy teraz do innej dziedziny… Gdybyś pan nie oddychał przez kilka minut, czy mógłbyś pan żyć?
1747 1748— A gdyby pan nie jadł przez tydzień, lub dwa tygodnie?
1749— Bój się pan Boga: po dwóch dniach umarłbym z głodu.
1750— Więc pan, pański ojciec i matka, babka i dziadek, oddychali, jedli. Więc żyjesz pan dlatego, że pan oddychasz i jesz.
1751— Żyję dlatego, że oddycham i jem.
1752 1753— Powietrzem… płucami, bo ja wiem wreszcie.
1754 1755— Zębami, językiem… gardłem… żołądkiem… No, nie wiem wreszcie.
1756Pan Jan był zupełnie wyczerpany. Oczy mu przygasły, nos się wydłużył, spiekłe wargi leniwie się poruszały, kąty ust opuściły jak do płaczu.
1757— Czy przyznaje mi pan teraz, że pan nie wiedziałeś, dlaczego pan żyjesz? Czy pan przyznaje mi, panie Janie, że moje pytanie, pozornie tak proste, okazało się niezmiernie złożone i zawiłe?
1758 1759Kondycja ludzka, Los, Filozof— Czy pan przyznaje, że każdy człowiek, który żyje, powinien choć trochę wiedzieć, dlaczego on żyje?
1760— No tak… Ale widzi pan: jak się już tak wszystko wie, to potem człowiekowi tak jakoś dziwnie, bo mu się zdaje, że on nic nie znaczy na świecie. Przedtem to mi się zdawało, że ja rzeczywiście jestem czymś bardzo ważnym, a teraz…
1761— Myli się pan. Gdy się wie — nie wszystko, bo wszystkiego się nie wie, ale trochę tylko, to dla człowieka jasnym się wówczas staje, po co on żyje. Rozważyliśmy pokrótce, panie Janie, dlaczego pan żyjesz; czy chcesz pan teraz przyjrzeć się temu, po co pan żyjesz?
1762Pan Jan zerwał się z krzesła i wyskoczył oknem. Pogotowie udzieliło mu pierwszej pomocy.
Jestem zrujnowany
1763Tak, tak: jestem zrujnowany doszczętnie.
1764Majątek, praca lat dziesiątków, imię bez skazy, stosunki — wszystko przepadło; rodzina, przyjaciele, znajomi — wszyscy mnie opuścili.
1765Pozostałem sam, przedwcześnie osiwiały, złamany na duchu i ciele, z sercem, posiekanym jak klops.
1766A przecież myśl była piękna, intencje czyste.
1767Chciałem uczynić Warszawę najbogatszym w świecie miastem, a na kraj cały miał spłynąć złoty deszcz dobrobytu, ba, nawet bogactwa.
1768Dzięki niebywałemu zaufaniu, które zdobyłem sobie wśród wszystkich fabrykantów i przemysłowców mamy — Europy, junaka — Ameryki, żółtej Azji, czarnej Afryki i niemowlęcia — Australii; dzięki kredytowi wszystkich finansowych instytucji globu naszego — Praca organicznapostanowiłem założyć w Warszawie wszechświatowe biuro i najwszechświatowszy rynek wszelkich wyrobów i produktów — wszystkiego, co dają wnętrza gór, głębie oceanów, zawrotny ruch maszyn i geniusz ludzki — na całym wielkim świecie.
1769 1770Olbrzymie składy ciągną się na dziesiątki mil; wyrastają biura potworne, jak za dotknięciem laski czarodzieja; pieni się zwarta rzesza pracowników; płyną rzeki wezbrane towarów ze wszystkich krańców świata; zjeżdżają kupcy wszyscy, od sztywnego Anglika, buńczucznego Niemca, zwinnego Francuza — do dzikiego Kirgiza, kędzierzawego Negra, bladego Beduina.
1771Każdy łokieć płótna lub sukna, każdy rower, samochód, tuzin guzików, zegarek, brylant, węgiel, jajko, szklanka, fijołek, strusie pióro, daktyl czy księga mędrca, zanim dobiegnie do mety, musi przejść przez Warszawę — centralny punkt wszechświatowego handlu.
1772Piędź[161] po piędzi zbliżałem się w mozole do upragnionego celu. Podpisałem umowy z kolonistami, miliarderami, kacykami, murzami, fabrykantami, właścicielami kopalni, Dalaj-Lamą tybetańskim, a wszędzie za pierwszy stawiałem warunek, by cała administracja niebywałego, bajecznego przedsiębiorstwa, cały personel, od dyrektorów poszczególnych wydziałów aż do zwyczajnych tragarzy — by spoczywało to wszystko w rękach sił krajowych.
1773Pomyślcie, co za olbrzymie zapotrzebowanie pracowników. Każda para rąk zdrowych zużytkowana, każda iskra zdolności rozdmuchana w płomień, wszystkie siły fachowe w pracy natężonej; nawet ludzie ułomni, bez nóg, rąk, głuchoniemi byliby woźnymi, markierami, szwajcarami.
1774Awanse, gratyfikacje, urlopy, nagrody za sumienność i zdolności.
1775Korespondenci, buchalterzy i buchalterki, kasjerzy, kasjerki, wojażerowie, komisjonerzy, technicy, chemicy, inżenierowie — a więc szkoły, oświata, dobrobyt — szczęście!…
1776Nie chciałem was łudzić przedwczesną nadzieją. Trzymałem projekt swój w największej tajemnicy. Tymczasem wypatrywałem zdolnych pracowników, układałem listy przyszłego personelu, nie wątpiąc, że na pierwsze wezwanie opuszczą niewdzięczne pole dotychczasowych posad, by przejść do mego biura, gdzie ukażą im się cudne widoki owocnej rywalizacji, niebywałej przyszłości. Tymczasem, ślęcząc nocami, wypatrywałem place pod przyszłe budowle, oznaczałem czerwonym atramentem cegielnie, fabryki i przedsiębiorstwa; którym miałem powierzyć budowę.
1777Za krótkie lat pięć, wszystko od razu byłoby w ruch poszło. Bom wszystko obmyślał dokładnie, rozumnie, powoli, z zastanowieniem.
1778I oto przyszła klęska: dowiedziano się nagle o moich górnych projektach. I od tej chwili przeklętej nie zaznałem już spokoju, a czoło moje bruzdami się głębokimi pokryło.
1779Zaczęło się protegowanie mi pracowników.
1780Wszystkie osoby możne i wpływowe zaczęły polecać mi swoich kandydatów: jedni piśmiennie, inni ustnie, przez żony, krewnych, przyjaciół i znajomych.
1781Jedni przemawiali do mego serca, inni do rozumu, inni żądali, jeszcze inni grozili, prosili, nalegali, błagali.
1782W ciągu trzech dni znalazło się ośmiuset kandydatów na posady dyrektorów — z pensją 15 000 rubli rocznie. Śród nich pięciuset ze złotej młodzieży, kuzynów, braci, bratanków i siostrzeńców hrabiów, baronów i książąt; dwustu krewnych warszawskiej plutokracji i stu protegowanych prasy.
1783Na wicedyrektorów stawiało swe kandydatury dwa tysiące srebrnej młodzieży.
1784Polecano mi sieroty, ludzi ściganych przez los, niewinnie pokrzywdzonych, niewinnych bankrutów, pożartych przez lichwę byłych obywateli, neurasteników, wykolejeńców, zbłąkane owieczki.
1785Obiecywano poparcie mojego przedsiębiorstwa w razie zgody, bojkotowanie w razie odmowy.
1786— Ależ ja mam już listę fachowców, pracowników zdolnych — wołałem, targając włosy — ja nie mogę obsadzać odpowiedzialnych posad ludźmi może bardzo zacnymi i nieszczęśliwymi, ale dla mnie bezużytecznymi zupełnie.
1787— Wolne żarty — odpowiadano mi z ironicznym, czarującym lub bolesnym uśmiechem — toć nie święci garnki lepią.
1788Piękne kobiety chwytały nerwowo moją rękę, mówiąc:
1789— Nie wyjdę, dopóki mi pan nie przyrzeknie.
1790 1791— Jedno miejsce przecież się chyba znajdzie.
1792 1793— Pan musi to dla mnie uczynić. Nie prosiłbym, gdyby mi na tym nie zależało.
1794Przyjaźń, Przywódca, Uczciwość, InteresJeszcze inni:
1795— Ależ, panie, dla starego przyjaciela. Taka bagatelka. Aż wstyd, że pan tak daje się prosić.
1796 1797— Gotów jestem odwzajemnić się panu. Toż może się zdarzyć, że pan będzie i mnie potrzebował.
1798Anim się spostrzegł, jak wyznaczono mi i place, i budowniczych, i fabryki, i przedsiębiorców, i pracowników.
1799Uciekłem na tydzień z Warszawy, raz jeszcze przyjrzałem się stanowi rzeczy i doszedłem do wniosku:
1800— Jeżeli zbiorę taką zgraję błaznów lub nieużytków, zamiast ludzi pożytecznych mi i niezbędnych, których sam upatrzyłem, to przedsiębiorstwo moje, zamiast spodziewanego zysku rocznego w kwocie 45 000 000 rubli, musi dać mi straty w pierwszym zaraz roku 17 000 000.
1801Wolałem stracić wszystko, i biura nie zakładam.
Przypisy
wprowadzić w świat córkę — w XIX w. nie było przyjęte, by kobiety z zamożniejszych warstw społecznych same zarabiały na swoje utrzymanie, każda musiała więc znaleźć dobrze sytuowanego męża. Dlatego rodzice dbali, aby ich córka doskonaliła salonowe umiejętności (taniec, gra na fortepianie, prowadzenie błyskotliwych rozmów po francusku itp.). Kiedy osiągnęła odpowiedni wiek, kupowali jej kosztowne stroje i zaczynali bywać z nią na balach, w teatrze (który był wówczas także formą spotkań towarzyskich) i w kurortach. Musieli także przygotować dla niej pokaźną sumę jako posag. [przypis edytorski]
pozować na Katona — starać się zachować honor, pozostać niezłomnym, na wzór Katona Starszego (234–149 p.n.e.), rzymskiego wojskowego i polityka, nieprzejednanego orędownika wojny z Kartaginą i ograniczania wpływów greckich, nieufnego wobec nie-Rzymian, piewcy cnót obywatelskich i republiki. [przypis edytorski]
dyfteryt a. błonica — groźna bakteryjna choroba zakaźna; dziś w Polsce spotykana rzadko dzięki powszechnym szczepieniom. [przypis edytorski]
uczniaczyna — derywat od wyrazu uczeń z formantem słowotwórczym uzupełniającym jego znaczenie o cechę: mizerny, godny litości. [przypis edytorski]
ochrona lub szwalnia — instytucje dobroczynne, w których wychowywano i dokarmiano dzieci z biednych rodzin; młodsze przebywały w przedszkolach zwanych ochronkami, starsze przyuczano do prostych prac, np. w specjalnie zorganizowanych szwalniach. [przypis edytorski]
Battistini, Mattia (1856–1928) — sławny włoski śpiewak, zwany królem barytonów, był częstym gościem w Warszawie na początku XX w. w czasie swoich licznych tournées po Rosji. [przypis edytorski]
freblowski (daw.) — przedszkolny. Nazwa pochodzi od systemu pedagogicznego, którego twórcą był Friedrich Fröbel (1782–1852). Podkreślał on specyficzne potrzeby dziecka i postulował edukację przedszkolną przez zabawę, śpiew i taniec, opracował też projekty zabawek edukacyjnych. [przypis edytorski]
Biesiada literacka — pismo literacko-polityczne o profilu narodowo-demokratycznym, wychodzące w Warszawie w latach 1876–1917. [przypis edytorski]
dwa ruble, złotych cztery i dwa grosze — w XIX w. w tej części Polski, która znajdowała się pod zaborem rosyjskim, funkcjonował faktycznie podwójny system monetarny: obok rubli, dzielących się na kopiejki, w obiegu były również złote i grosze, przy czym (przynajmniej w pewnych okresach) jeden złoty wart był pół rubla i dzielił się na 30 groszy. [przypis edytorski]
Rontaler, Edward Aleksander (1846–1917) — właściciel i dyrektor nowoczesnej szkoły ogólnokształcąco-handlowej powstałej w 1896 r. w Warszawie, wśród jej pedagogów było wielu wybitnych uczonych. [przypis edytorski]
Tołwińska, Stefania (zm. 1909) — właścicielka i dyrektor nowoczesnej pensji dla dziewcząt w Warszawie, istniejącej od lat 80. XIX w. [przypis edytorski]
krowianka — wirus wywołujący chorobę skóry bydła domowego, używany w XIX w. jako pierwsza szczepionka u ludzi. Przejście tej niegroźnej choroby uodparniało organizm na śmiercionośnego wirusa ospy prawdziwej (czarnej ospy), dziś już niewystępującego. [przypis edytorski]
frenologia (z gr. φρήν, phrēn: rozum, umysł) — daw. teoria naukowa, szukająca związków między cechami psychicznymi człowieka a fizyczną budową czaszki i mózgu. [przypis edytorski]
noszenie gorsetów — w XIX w. w wyższych warstwach społecznych kobiety nosiły gorsety, sznurowane ciasno w talii i ponad nią, aby ich ciała wydawały się węższe w pasie; moda ta była krytykowana jako bardzo szkodliwa dla zdrowia. [przypis edytorski]
dyktanda ze Smirnowskiego — w zaborze rosyjskim w II poł. XIX w. i na początku XX w. nauka w szkołach była prowadzona obowiązkowo po rosyjsku. Tu mowa zapewne o zbiorze dyktand Курсы систематического диктанта для средних учебных заведений (1881), którego autorem był Piotr Smirnowski (ros. Пётр Владимирович Смирновский; 1846–1904), filolog, nauczyciel gimnazjalny z Petersburga. [przypis edytorski]
tutka — papier zwinięty w rożek, w ten sposób noszono dawniej różne drobne przedmioty: ciasteczka, owoce itp. [przypis edytorski]
stalka a. stalówka — w czasach, w których powstała ta książka, pisano piórem, przy czym tzw. wieczne pióra były drogie, więc dzieci w szkołach używały zwykle pióra składającego się z podłużnej drewnianej obsadki z zamocowaną metalową stalówką, którą maczało się co chwilę w kałamarzu z atramentem. Długopis został wynaleziony w 1938 r., a do powszechnego użytku wszedł znacznie później. [przypis edytorski]
Daniłowski, Gustaw (1871–1927) — pisarz, działacz niepodległościowy o socjalistycznych przekonaniach. Jego nowela Nego porusza temat dziecięcego cierpienia spowodowanego przez niesprawiedliwego nauczyciela i krytykuje szkołę jako instytucję. Tytułowe łac. słówko nego, negare znaczy: zaprzeczać, odmawiać. [przypis edytorski]
marka (tu daw.) — znaczek skarbowy (w innych kontekstach także znaczek pocztowy). [przypis edytorski]
cyrkuł (daw.; z łac. circulum: koło, okrąg) — komisariat policji (w zaborze rosyjskim; w innym znaczeniu także: administracyjna jednostka terytorialna, odpowiednik powiatu). [przypis edytorski]
wóz frachtowy — duży wóz ciężarowy, do przewożenia większych ładunków; fracht (z niem.) — ładunek. [przypis edytorski]
żona mi chora — dziś popr.: moja żona jest chora lub pot.: żona mi choruje. Dawniej pod oznajmieniem, że kobieta jest chora (lub: słaba), mogła się kryć informacja o tym, że rodzi dziecko, jako że mówienie wprost o porodzie było uważane za nieprzyzwoite. [przypis edytorski]
a priori (łac.: z góry, z założenia) — tu: bez dalszych badań, przez wnioskowanie z tego, co się już wie. [przypis edytorski]
„Paris” lub „Parie” — gra słów: po francusku nazwa Paryża brzmi tak samo, jak liczba mnoga wyrazu oznaczającego zakładanie się, a je parie można przetłumaczyć jako 'zakładam się, obstawiam'. [przypis edytorski]
czy kupował resztki na wyprzedażach, czy też na łokcie „ze sztuki” — mowa o sztuce materiału, z której odmierzało się łokcie bieżące (łokieć warszawski wynosił ok. 58 cm). Do połowy XX w. ubrania szyło się na miarę: każdy musiał kupić sobie materiał i zatrudnić krawca lub uszyć samodzielnie. [przypis edytorski]
miał zawieszoną na guziku paczkę z ciastkami — dawniej ciastka pakowano w papier obwiązany cienkim sznurkiem, a w I poł. XX w. było przyjęte, że eleganccy panowie po wyjściu z cukierni nieśli takie paczki zawieszone na guziku płaszcza czy kamizelki. Pozwalało im to zachować wolne ręce: do eleganckiego stroju należała często laska lub parasol, a druga ręka była niezbędna do uchylania kapelusza przy powitaniu lub aby służyć oparciem damie przy wysiadaniu z pojazdu, otwierać przed nią drzwi itp. [przypis edytorski]
stalka a. stalówka — w czasach, w których powstała ta książka, pisano piórem, przy czym tzw. wieczne pióra były drogie, więc dzieci w szkołach używały zwykle pióra składającego się z podłużnej drewnianej obsadki z zamocowaną metalową stalówką, którą maczało się co chwilę w kałamarzu z atramentem. Długopis został wynaleziony w 1938 r., a do powszechnego użytku wszedł znacznie później. [przypis edytorski]
stuoki — mający sto oczu. Tu mowa o ogonie pawia, tworzącym kształt wachlarza; pióro z pawiego ogona ozdobione jest kolorowym „okiem”. [przypis edytorski]
rychło (daw.) — prędko, wkrótce, niebawem; -li (daw.) — partykuła wyrażająca pytanie czy; czekały, rychłoli i im koniec przyjdzie — czekały, czy prędko i one umrą. [przypis edytorski]
tużurek (por. fr. toujours: zawsze; tous les jours: codziennie) — rodzaj surduta; element męskiego stroju popularny w II połowie XIX w., pełniący rolę dzisiejszej marynarki, ale sięgający do połowy uda. [przypis edytorski]
Gasiński, Edmund (1860–1924) — aktor teatralny i kabaretowy (a od 1916 r. także filmowy), śpiewak, tancerz, reżyser teatralny. [przypis edytorski]
Kaftalówna, Margot, właśc. Maria Małgorzata Kaftal — artystka scen warszawskich, popularna na początku XX w. [przypis edytorski]
na garnuszek — na utrzymanie; Franka oddano osobie zarobkowo zajmującej się wychowaniem dzieci, którymi nie mogły się opiekować ich matki, najczęściej dlatego, że nie były mężatkami. [przypis edytorski]
padoł — dziś popr.: padół; ten padół a. padół łez — świat jako miejsce cierpienia. [przypis edytorski]
angielska choroba a. rachitis — krzywica, choroba małych dzieci powodowana niedożywieniem, zwłaszcza brakiem witaminy D, pozostawiająca trwałe zniekształcenia kości. [przypis edytorski]
mularka (daw.) — kobieta zajmująca się murarstwem (zwykle należąca do nizin społecznych) albo żona murarza. [przypis edytorski]
plus (…) que (fr.) — bardziej, więcej (…) niż; po co miał być plus uczciwy, que le bankier — po co miał być uczciwszy niż bankier. [przypis edytorski]
Melcer-Szczawiński, Henryk (1869–1928) — kompozytor neoromantyczny, pianista i dyrygent, autor m.in. opery Maria (1904 r.), napisanej na podstawie poematu Antoniego Malczewskiego. [przypis edytorski]
Matejko, Jan (1838–1893) — malarz, autor obrazów o tematyce historycznej, dyrektor i wykładowca Szkoły Sztuk Pięknych w Krakowie. [przypis edytorski]
Malczewski, Jacek (1854–1929) — wybitny malarz-symbolista, profesor krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. [przypis edytorski]
Popowski, Stefan (1870–1937) — malarz i krytyk sztuki, specjalizujący się w melancholijnych pejzażach oświetlonych księżycem lub zachodzącym słońcem, w przedstawieniach polskiej przyrody o różnych porach roku. [przypis edytorski]
Kossak — w rodzinie Kossaków było wielu malarzy, największą sławą cieszyli się: Juliusz Kossak (1824–1899), jego syn Wojciech Kossak (1857–1942) i wnuk Jerzy Kossak (1886–1955), mniej znani byli Leon Kossak (1827–1877) i Władysław Kossak (1828–1918). [przypis edytorski]
Fałat, Julian (1853–1929) — jeden z najwybitniejszych polskich akwarelistów; wśród jego obrazów dominują sceny myśliwskie, dzikie zwierzęta i pejzaże. [przypis edytorski]
Cavalieri — można wymienić kilka sławnych osób o tym nazwisku: kompozytor Emilio de Cavalieri (1550–1602); matematyk i astronom Bonaventura Cavalieri (1598–1647); sopranistki Katharina Cavalieri (1755–1801) i Lina Cavalieri (1874–1944); malarz Vittorio Cavalleri (1860–1938); adresat sonetów Michała Anioła, Tommaso dei Cavalieri (1509–1587). [przypis edytorski]
osiąść na bruku — dziś raczej: znaleźć się na bruku, zostać wyrzuconym na bruk (przy czym współcześnie odnosi się to częściej do utraty mieszkania niż pracy). [przypis edytorski]
przekręcał — dziś w tym znaczeniu: przykręcał. Mowa o lampie naftowej, w której można było przykręcić knot, a przez to skrócić go tak, by zmniejszyć płomień. [przypis edytorski]
freblówka — tu: przedszkolanka. Nazwa pochodzi od systemu pedagogicznego, którego twórcą był Friedrich Fröbel (1782–1852). Podkreślał on specyficzne potrzeby dziecka i postulował edukację przedszkolną przez zabawę, śpiew i taniec, opracował też projekty zabawek edukacyjnych. [przypis edytorski]
dorożka na gumach — dorożki, pełniące rolę dzisiejszych taksówek, dzieliły się na dwie kategorie w zależności od budowy ich kół: starsze miały koła z metalu, więc tocząc się po bruku hałasowały i trzęsły, a nowsze i bardziej luksusowe jeździły na kołach z gumy. Opony pneumatyczne wynaleziono w 1846 r., a do masowej produkcji weszły w końcu XIX w. [przypis edytorski]
Dolina Szwajcarska — ten park w Warszawie był w XIX w. o wiele bardziej popularny niż dziś, często odbywały się tam koncerty, spektakle, pokazy i zabawy, w altankach urządzone były cukiernie i jadłodajnie, a zimą funkcjonowało tam lodowisko. [przypis edytorski]
guwerner (z fr. gouverner: zarządzać, kierować) — prywatny nauczyciel, wychowawca. [przypis edytorski]
Coquelin — rodzina fr. aktorów: Benoît Constant Coquelin (1841–1909), jego brat Alexandre Honoré Ernest Coquelin (1848–1909) oraz jego syn Jean Coquelin (1865–1944). [przypis edytorski]
Kotarbiński, Józef (1849–1928) — warszawski aktor i reżyser, wykładowca dykcji i deklamacji w szkole dramatycznej, autor studiów z dziedziny krytyki literackiej, redaktor czasopisma „Kolce”, w którym pierwotnie ukazywały się zawarte w niniejszej książce felietony Janusza Korczaka. [przypis edytorski]
Barcewicz, Stanisław (1858–1929) — sławny skrzypek, pedagog i dyrygent, uważany za jednego z najwybitniejszych wirtuozów skrzypiec. [przypis edytorski]
Krzesińska, Matylda (1872–1971) — wybitna tancerka polskiego pochodzenia, uhonorowana tytułem Primaballerina absoluta baletu w Petersburgu, słynna także ze swoich romansów z mężczyznami z rosyjskiej rodziny panującej. [przypis edytorski]
Ludwik XIV Wielki (1638–1715) — król Francji z dynastii Burbonów, zwany Królem Słońce (fr. le Roi-Soleil). Za jego długiego panowania (72 lata) Francja, a zwłaszcza dwór królewski w Wersalu, stały się europejskim wzorcem elegancji. [przypis edytorski]
makagigi a. makagiga — ciasteczko z cukru, miodu, maku i orzechów; tu w znaczeniu przen.: deser; to, co najlepsze. [przypis edytorski]
woda emska — wysokozmineralizowana woda pochodząca ze źródeł w kurorcie Ems (Bad Ems) w płd.-zach. Niemczech, stosowana w leczeniu astmy i innych chorób dróg oddechowych. [przypis edytorski]
edredony — tu: puchowa pościel, wykonana z piór jednego z kilku gatunków kaczek edredonów (łac. Somateriini), ptaków żyjących na morskich wybrzeżach w bardzo zimnym klimacie. Samice tych kaczek wyrywają sobie puch (drobne piórka), aby zbudować gniazdo; ten puch był od wieków zbierany przez ludzi i ceniony jako wyjątkowo miękki i ciepły. Robiono z niego pościel, a nawet ubrania. [przypis edytorski]
Battistini, Mattia (1856–1928) — sławny włoski śpiewak, zwany królem barytonów, był częstym gościem w Warszawie na początku XX w. w czasie swoich licznych tournées po Rosji. [przypis edytorski]
histeryczki teatralne — w II poł. XIX w. popularność gwiazd teatru i muzyki stała się zjawiskiem masowym, do dobrego tonu należało przesyłanie sławnym artystom kwiatów i prezentów, a najbardziej zagorzałe wielbicielki zachowywały się jak obłąkane, krzyczały i mdlały podczas spektakli, próbowały wedrzeć się do garderoby ulubieńca, wyrwać fragment jego ubrania na pamiątkę itp. [przypis edytorski]
stręczą mamki — mowa o pośrednikach, u których bogata dama mogła dla swojego nowo narodzonego dziecka wynająć mamkę, aby ta karmiła niemowlę piersią. Mamki rekrutowały się z biednych rodzin, często musiały oddać lub zaniedbywać własne dzieci. [przypis edytorski]
znaczą chustki do nosa — dawniej chustki do nosa były wielokrotnego użytku, robiono je z tkaniny i wyszywano na nich znaczki rozpoznawcze, najczęściej inicjały właściciela, aby praczka wiedziała, komu je oddać po upraniu (podobnie postępowano z bielizną, pościelą, ręcznikami itp.). [przypis edytorski]
kopiejka, w skrócie kop. — rosyjska jednostka monetarna, jedna setna rubla. [przypis edytorski]
gabinetowe uciechy i tryumfy — mowa o gabinetach, tj. dyskretnie urządzonych salkach w restauracjach, gdzie panowie odbywali schadzki z kobietami, które uwodzili lub opłacali (obyczaj rozpowszechniony w XIX w. w całej Europie). [przypis edytorski]
reuniony (z fr. réunion: zebranie; zjednoczenie) — zebrania towarzyskie, przyjęcia. [przypis edytorski]
fabrykantka aniołków (daw. pot.) — położna zajmująca się zarobkowo nielegalnymi aborcjami. [przypis edytorski]
Gasiński, Edmund (1860–1924) — aktor teatralny i kabaretowy (a od 1916 r. także filmowy), śpiewak, tancerz, reżyser teatralny. [przypis edytorski]
Cavalieri, Lina (1874–1944) — włoska sopranistka, popularna zarówno w zachodniej Europie i Ameryce, jak i w carskiej Rosji, uważana za jedną z najpiękniejszych kobiet swojego czasu. [przypis edytorski]
Battistini, Mattia (1856–1928) — sławny włoski śpiewak, zwany królem barytonów, był częstym gościem w Warszawie na początku XX w. w czasie swoich licznych tournées po Rosji. [przypis edytorski]
neurastenik — człowiek cierpiący na neurastenię, nadpobudliwość układu nerwowego, który łatwo się wzbudza i szybko popada w wyczerpanie. [przypis edytorski]
Jabajca — zniekształcona nazwa Abacji (wł. Abazzio, chorw. Opatija), kurortu na półwyspie Istria, wówczas (1814–1918) na terytorium Monarchii Austro-Węgierskiej, dziś w płn. części Chorwacji. [przypis edytorski]
kopiejka, w skrócie kop. — rosyjska jednostka monetarna, jedna setna rubla. [przypis edytorski]
kantory mamek — mowa o pośrednikach, u których bogata dama mogła dla swojego nowo narodzonego dziecka wynająć mamkę, aby ta karmiła niemowlę piersią. Mamki rekrutowały się z biednych rodzin, często musiały oddać lub zaniedbywać własne dzieci. [przypis edytorski]
polityk, pożeracz depesz — pan Adam nie był zapewne politykiem z zawodu, tylko miał zamiłowanie do czytania doniesień prasowych i śledzenia sytuacji politycznej na świecie. [przypis edytorski]
Morozowicz — aktorska rodzina z Warszawy, w opisywanym czasie popularni byli bracia Rufin Morozowicz (1851–1931) i Henryk Morozowicz, a także syn Rufina, Leopold Morozowicz (ok. 1876–1945). [przypis edytorski]
frenologiczny (z gr. φρήν, phrēn: rozum, umysł) — związany z frenologią, daw. pseudonauką, szukającą związków między cechami psychicznymi człowieka a fizyczną budową czaszki i mózgu. [przypis edytorski]
magnetyczny — tu: związany z magnetyzmem; zjawiska, które dzisiaj znane są pod nazwą hipnozy, w XIX w. określano jako mesmeryzm (od nazwiska Franza Antona Mesmera, 1734–1815) lub magnetyzm. [przypis edytorski]
pedologia (od gr. παῖς, país, D. lp. παιδός, paidos: dziecko) — nauka o dzieciach. [przypis edytorski]
wprowadzoną została — dziś popr. forma z imiesłowem w mianowniku: została wprowadzona (a. wprowadzona została). [przypis edytorski]
Wells, Herbert George (1866–1946) — słynny pisarz brytyjski, uważany za prekursora fantastyki naukowej, autor takich dzieł jak Wojna światów (1898), Wehikuł czasu (1895), Niewidzialny człowiek (1897). [przypis edytorski]
kopiejka, w skrócie kop. — rosyjska jednostka monetarna, jedna setna rubla. [przypis edytorski]
Melcer-Szczawiński, Henryk (1869–1928) — kompozytor neoromatyczny, pianista i dyrygent, autor m.in. opery Maria (1904 r.), napisanej na podstawie poematu Antoniego Malczewskiego. [przypis edytorski]
Nowaczyński, Adolf (1876–1944) — dramaturg, publicysta i poeta, w młodości związany z krakowskim otoczeniem Stanisława Przybyszewskiego i kabaretem Zielony Balonik, a także działacz polityczny i społeczny. [przypis edytorski]
emska — wysokozmineralizowana woda pochodząca ze źródeł w kurorcie Ems (Bad Ems) w płd.-zach. Niemczech, stosowana w leczeniu astmy i innych chorób dróg oddechowych, a. sól emska, rozpuszczalny w wodzie proszek, produkt farmaceutyczny o zbliżonym działaniu. [przypis edytorski]
Reszke a. de Reszke — rodzeństwo śpiewaków: Jan (1850–1925, tenor), Edward (1853–1917, bas) i Józefina (1855–1891, sopran). Urodzeni w Warszawie. Koncertowali w całej Europie. [przypis edytorski]
Szczepanik, Jan (1872–1926) — sławny technik-samouk, zwany „polskim (lub austriackim) Edisonem”, autor kilkudziesięciu wynalazków, głównie w dziedzinie przemysłu włókienniczego oraz fotografii i filmu. [przypis edytorski]
Biegas, Bolesław (1877–1954) — pochodzący z biednej rodziny chłopskiej rzeźbiarz, malarz i dramaturg. [przypis edytorski]
Virchow — wspomniany Prusak to Rudolf Virchow (1821–1902), uważany za jednego z twórców współczesnej medycyny opartej na podstawach naukowych. [przypis edytorski]
znaczyć „do tuzina” — dawniej chustki do nosa były wielokrotnego użytku, robiono je z tkaniny i wyszywano na nich znaczki rozpoznawcze, najczęściej inicjały właściciela, aby praczka wiedziała, komu je oddać po upraniu (podobnie postępowano z bielizną, pościelą, ręcznikami itp.). Komplety chusteczek do nosa, jak naczynia stołowe, zwyczajowo liczyły po 12 sztuk, czyli tuzin. [przypis edytorski]
Masz, diable, makagigę — powiedzonko o tym samym znaczeniu, co bardziej popularne Masz, babo, placek; wyraża zaskoczenie nagłym kłopotem, niespodziewanym w sytuacji pozornie komfortowej; makagigi a. makagiga — ciasteczko z cukru, miodu, maku i orzechów; tu w znaczeniu przen.: deser; to, co najlepsze. [przypis edytorski]
piędź — dawna miara długości, ok. 20 cm; tu: małymi krokami; powoli i z trudem. [przypis edytorski]